Prawdziwa demokracja

jestesmy razem html mb5ba94c

Chociaż nasz oficjalny ustrój to demokracja, coraz mniej ludzi czuje, że ma realny wpływ na życie społeczne. Rządy coraz częściej podejmują decyzje wbrew potrzebom i interesom większości społeczeństwa: o deregulacji rynków finansowych, braku podziału banków, mających znaczenie dla systemu, prywatyzacji usługodawców publicznych, takich jak dostawcy wody pitnej i energii, kolei, poczty czy banków, zwiększeniu globalnej konkurencji w wyniku „umowy o wolnym handlu”, liberalizacji ruchu kapitałowego aż do ostatniego raju podatkowego, dopuszczeniu dysproporcji (nawet do 350000-krotności) w zarobkach, dopuszczeniu inżynierii genetycznej w rolnictwie, legalizacji patentów dotyczących żywych organizmów, umowie EURATOM, obowiązku uzbrojenia, zawartym w traktacie lizbońskim UE, brutalnym stłumieniu demonstracji podczas szczytu klimatycznego w Kopenhadze, torturach w Guantanamo czy ataku na Irak, rozpoczętym wbrew woli narodu.

W większości państw, w których panuje demokracja bezpośrednia, żadna z tych decyzji nie otrzymałaby większości. Mimo to zostały one formalnie podjęte przez demokratycznie wybrane rządy i parlamenty. Istnieje kilka przyczyn rosnącego dystansu między obywatelami i ich przedstawicielami:

1. Skoro ludziom wolno wybierać tylko raz na cztery czy pięć lat, tak naprawdę nie mogą podjąć żadnej poważnej decyzji, ponieważ obietnice wyborcze są mało wiążące. Jeśli władza nie spełni swoich przyrzeczeń, wyborcy są bezsilni. Muszą czekać na kolejne wybory i dopiero wtedy mogą „ukarać” rząd za to, że złamał bardzo ważne dla nich obietnice. Tylko jak? Czy należy zmienić partię, na którą się głosowało? Czy w ogóle istnieje partia o lepszym programie? A jeśli żadne ugrupowanie nie ma programu, odpowiadającego danemu wyborcy? Co robić, jeśli „ukarana” partia nie rozumie, za co została ukarana, ponieważ nie można wyciągnąć konsekwencji za pojedynczą decyzję, lecz za całą legislaturę?

2. Elity ekonomiczne coraz bardziej stapiają się z elitami politycznymi i często najważniejsi menadżerowie czy duże firmy zmieniają się bezpośrednio w rządzie, a ministrowie i kanclerze wracają do lobbingu. Oto mały wycinek: Theo Waigel do Texas Pacific Group; Rudolf Scharping do Cerberus; były szef federalnego urzędu pracy Florian Gerstner do Fortress; Ron Sommer (za jego kadencji firma Deutsche Telekom weszła na giełdę) do Blackstone (wszystko to fundusze private equity), Gerhard Schröder do Gazpromu, Wolfgang Schüssel do RWE, Brigitte Ederer do Siemensa, Alfred Gusenbauer do Strabaga i Karl-Heinz Grasser do różnych funduszy finansowych. W ten „odwrotny” sposób pracuje w Niemczech około 300 „urzędników do wypożyczenia” z koncernów, którzy dostają się na najwyższe szczeble władzy. Najpotężniejsi bankowcy piszą ustawy o ratowaniu bankowości, a parlamenty je uchwalają. Problem społecznego spoufalania się sfer politycznych i gospodarczych staje się tym bardziej palący, im potężniejsze i bogatsze są elity ekonomiczne. Można więc zauważyć, że stanowią one problem sam w sobie, dzięki czemu ludzie coraz bardziej pragną zmniejszenia dysproporcji. Elity finansowe są w konflikcie ze społeczeństwem demokratycznym, w którym wszyscy ludzie powinni mieć te same prawa, szanse i możliwości współdecydowania.

3. Owe elity mają również nieproporcjonalny wpływ na najważniejsze media dzięki osobistym kontaktom z czołowymi dziennikarzami, którzy szukają takich dojść i pielęgnują te relacje, aby zapewnić sobie wartościowe źródła informacji. Wiele gazet i stacji telewizyjnych należy dzisiaj do banków, inwestorów czy nawet koncernów zbrojeniowych dzięki dzieleniu się wartościowymi źródłami informacji z elitami medialnymi (najpotężniejsze z nich są bardzo skłonne do współpracy), reklamom, od których media są zależne pod względem ekonomicznym i pod postacią bezpośredniej kontroli nad własnością. Nie może tak być.

4. Zdarza się, że naukowy mainstream również popiera opinię potężnych osób. Wprawdzie na „wolnych” uniwersytetach wciąż jest miejsce na alternatywę, jednak „główny nurt” płynie zgodnie z obrazami świata możnych ludzi, ponieważ a) wielu intelektualistów pochodzi z dobrych domów i trzyma z własną „klasą”, b) podczas liberalizacji uniwersytety wciąż są skazane na fundusze z gospodarki i c) prywatne grupy interesów nie tylko stanowią przyczynę publicznego braku pieniędzy, lecz także wykorzystują go, wkładając swoje ideologie w usta profesorów, wygłaszających gościnne prelekcje.

5. Think tanks (zespoły ekspertów) pracują dla ludzi, którzy je opłacają. Z reguły chodzi o wpływowe kręgi ekonomiczne, których potrzeby mają niewiele wspólnego z potrzebami większości społeczeństwa. I tak na przykład inicjatywa Nowa Społeczna Gospodarka Rynkowa jest w mniejszym stopniu kręgiem intelektualnym, który zobowiązał się do uświadamiania innych, a bardziej kampanią potężnych związków pracodawców przemysłowych, pragnących  zdemontować solidarne państwo dobrobytu.

6. Partie są finansowane przez przedsiębiorstwa, a w USA parlamentarzystów finansują lobbyści – uzyskując przy tym odpowiednie wyniki. Oto dwa przykłady: deputowani kongresu, którzy zagłosowali za regulacją derywatów finansowych, otrzymali w sumie 940 000 dolarów amerykańskich, a ci, którzy byli przeciw – 27 milionów. Osoby, popierające kontrolę amerykańskiego banku emisyjnego, otrzymały 40 000 dolarów, a przeciwnicy owej kontroli – dziesięć milionów dolarów. Głosowanie przeszło bez echa, ustawa upadła.

Skutkiem tych warunków i rozwoju wydarzeń jest poważny kryzys demokracji. Jeśli nie zmniejszymy ekonomicznych dysproporcji, lobbingu oraz negatywnego wpływu mediów i zredukujemy „demokrację” do stawiania krzyżyka przy okienku danej partii raz na cztery czy pięć lat, to przestanie ona istnieć. Aby demokracja nabrała życia, musi dojść do – obok rozgraniczenia polityki oraz ekonomii i zmniejszenia dysproporcji – historycznej rozbudowy praw do udziału i współdecydowania. Jak największa liczba ludzi musi rozmawiać na jak największej liczbie poziomów i współkształtować świat – także w czasie między wyborami do parlamentu i na zdemokratyzowanych obszarach życia społeczno–ekonomicznego.

Suweren to my!

Pierwszym podstawowym założeniem renesansu demokracji jest rozwój świadomości bycia suwerenem. Słowo to pochodzi od łacińskiego superamu i oznacza kogoś, kto „stoi ponad wszystkim”. Podczas gdy w czasach absolutyzmu suwerenem był król, rządzący wszystkimi poddanymi, od okresu Oświecenia i rewolucji obywatelskich u władzy powinno stać społeczeństwo. Jednak rzeczywistość ma niewiele wspólnego z teorią. Jedyne prawa suwerena, jakimi dysponują obywatele, to wybór partii i ostatnie słowo w przypadku całościowych zmian w konstytucji. To nie jest prawdziwa suwerenność. Powinna ona polegać na tym, że suweren może:
1.    wybrać rząd;
2.    odwołać rząd;
3.    poprawić projekt ustawy, zaproponowanej przez parlament;
4.    poddać pod głosowanie własną ustawę;
5.    zmienić konstytucję z własnej inicjatywy;
6.    bezpośrednio wybrać konwent;
7.    samodzielnie kontrolować i zarządzać podstawowymi zakładami użyteczności publicznej.
Świadomość bycia suwerenem jest jednak tak niewielka, że większość z nas nawet nie zauważa, iż nie posiadamy owych podstawowych narzędzi prawdziwego suwerena. W szkole nie uczymy się tego. Podczas wykładów często pytam, jakie narzędzie sprawiłoby, że „suweren” stanąłby „ponad wszystkim”. Następuje długa, niezręczna cisza. Ktoś mówi – „prawo wyboru”. Bardzo rzadko słyszę nieśmiałe pytanie – Ustanowienie prawa?
Jeśli suweren rzeczywiście „stoi ponad wszystkim”, a jedynym celem demokracji jest spełnianie jego woli – woli ogółu – to musi mieć możliwość samodzielnego proponowania i uchwalania prawa! Tymczasem nie jest to możliwe, ani w państwach członkowskich Unii Europejskiej, ani w samej UE, ponieważ monopol na przyjmowanie ustaw mają nasi przedstawiciele. W państwach narodowych są to rządy i parlamenty, w UE – komisja, rada i parlament. Uzupełnienie demokracji pośredniej („reprezentatywnej”) o pośrednią byłoby konsekwentnym wprowadzeniem w życie zasady podziału władzy. Jasny podział odczuwalnie zwiększyłby jakość demokracji i sprawiłby, że ludzie zaczęliby ufać temu ustrojowi.

Fragment pochodzi z książki austriackiego socjologa i pisarza Christiana Felbera – Gospodarka Dobra Wspólnego: model ekonomii przyszłości (www.bialywiatr.com)

 

Ekonomia-v3 145x200 145mm-grzbiet debesciak FRONT

Dodaj komentarz