„Babcia z sześciopakiem”. 80-letnia kulturystka udowadnia, że nigdy nie jest „za późno”

Zaczęła w wieku, w którym inni raczej karierę kończą. Po raz pierwszy na trening poszła w wieku 56 lat. A motywacja była taka jak u niemal każdej kobiety. Nie zdrowie, nie moda na aktywny tryb życia. Ona po prostu chciała dobrze wyglądać.

– Gdy zaczęłam ćwiczyć, po prostu chciałam móc nosić szorty. Spojrzałam w lustro i o Boże, te wszystkie dołeczki na moich nogach. Dlatego postanowiłam pracować nad sobą, bardzo, bardzo intensywnie – opowiada w wywiadzie dla „People in America” Ernestine Shepherd, najstarsza kulturystka na świecie.

Do wysiłku namówiła ją siostra. Były ze sobą bardzo blisko. Gdy widziało się jedną, zaraz obok pojawiała się druga. To właśnie Mildred zmotywowała ją, by zaczęła trenować fitness, później razem poszły na siłownię.

– Na początku naprawdę bardzo mi się nie chciało ćwiczyć. Po prostu robiłam to, co moja siostra, I tak było od zawsze. Zapytała czy jeżeli coś się jej stanie, będę ćwiczyć nadal i spróbuję dostać się do Księgi rekordów Guinnessa. I od tego się zaczęło – wspomina Ernestine.

Ernestine nie wiedziała, że już wtedy Mildred miała problemy ze zdrowiem. W 1992 roku, zabił ją tętniak mózgu. Po jej śmierci Ernestine była całkiem rozbita, przerwała treningi, zaczęła chorować, wpadła w depresję.

– Pewnego dnia, siostra przyszła do mnie we śnie i powiedziała: „wstawaj i zrób to, o co cię prosiłam” – wspomina.

Babcia rekordzistka

Nie pozbierała się od razu. Zajęło jej kilka tygodni, zanim zdecydowała się wrócić do treningów.

Teraz, gdy wychodzi na scenę, publiczność szaleje. I nie tylko ze względu na wiek. W 2010 roku wygrała w swojej kategorii wiekowej – miała wówczas 73 lata. Tym samym trafiła do Księgi rekordów Guinnessa jako najstarsza kulturystka na świecie.

Gdy dowiedziałam się, że trafiłam do Księgi rekordów Guinnessa, byłam tak podekscytowana. Spełniłam marzenie mojej siostry – mówiła wówczas.

Kobieta, która przez lata pracowała jako sekretarka, a na siłowni nie spędziła ani jednego dnia. Dziś biega ponad 120 kilometrów tygodniowo, bierze udział w zawodach, jest licencjonowaną trenerką, jeździ po całej Ameryce motywując kobiety do działania.

Mówią o niej „babcia z sześciopakiem”, „strongwoman”. Przez ostanie lata stała się inspiracją dla wielu kobiet. – Ona mnie inspiruje, mam 66 lat, a czuję się jakbym miała 21 – przyznaje w wywiadzie dla „Prevention Magazine” Linda Hollis, uczestniczka treningów prowadzonych przez Ernestine.

– To coś więcej niż przychodzenie na zajęcia i ćwiczenie. Ona sprawia, że chcesz znowu żyć. Duch tej kobiety przywrócił mnie do życia – dodaje Naija Brown.

Jej profil na Facebooku obserwuje ponad 200 tysięcy osób. Z internautami dzieli się swoimi przeżyciami, motywuje, zamieszcza krótkie filmy z przykładowymi ćwiczeniami.

I choć podobnych profili w sieci jest zatrzęsienie, o wyjątkowości tego, świadczą komentarze internautów.

„Ernestine! Jesteś taką inspiracją. Wzorem dla ludzi w każdym wieku” – pisze jedna z internautek. „Gdy tylko zaczynam wymyślać różne wymówki, mówię sobie, że jeżeli ty możesz w swoim wieku, to ja też mogę” komentuje inna. „Inspiracja” to słowo, które pojawia się w niemal każdym komentarzu.

Co nie oznacza, że Ernestine nie ma czasem wątpliwości i gorszych dni. Wtedy mówi sobie: „sama muszę stosować się do tego, czego uczę”.

Wiek, to tylko liczba

– Mój trener to były Mister Universe, Yohannie Shambourger. To dzięki niemu jestem w takiej formie. Czasem mówię: „o nie, jestem na to za stara”, a wtedy on mi przypomina: „pamiętaj co mówiłaś, wiek to tylko liczba” – przypomina.

– Ona jest wyjątkowa, ma mięśnie, jakich nie widuje się u kobiet w jej wieku. Ernestine może spokojnie walczyć z młodszymi kobietami i je pokonać – przyznał w abcNews, trener „superbabci” Yohannie Shambourger.

Po pierwsze trener, po drugie mąż – to oni wspierają ją, gdy czasem brakuje sił. Ma swoją ulubioną piosenkę, którą śpiewa każdego ranka.

– Mój biedny mąż musi słuchać jej codziennie. Mówi wtedy: „dziewczyno, chyba na ciebie czas” – żartuje Ernestine.

Ten czas rozpoczyna się bardzo wcześnie. Bo rygor, który narzuciła sobie leciwa trenerka, nie łatwo wytrzymać.

– Wstaję o trzeciej rano, odmawiam modlitwę, jem śniadanie, przed czwartą wychodzę z domu. Biegam, chodzę właściwie każdego dnia. Potem idę na siłownię i spędzam tam dwie i pół godziny – wymienia.

Biega razem z mężem, choć oboje przekroczyli osiemdziesiątkę. Typowe śniadanie? Jajecznica z 10 białek, szklanka wody, garść orzechów.

– Miałam problem z nadciśnieniem, atakami paniki, refluksem i można by tak dalej wymieniać. Gdy zaczęłam ćwiczyć, wszystko się zmieniło. Teraz muszę już tylko uważać na to, co jem – podkreśla Ernestine.

Posiłki przygotowuje jej mąż. Wspiera ją od ponad pół wieku.

Więcej na: tvp.info, fot: facebook

 

Dodaj komentarz