Komunikują się, pomagają sobie w potrzebie, dbają o potomstwo. Niezwykłe zdolności drzew

W lesie dzieją się zdumiewające rzeczy. Są tam drzewa, które porozumiewają się ze sobą, drzewa, które z oddaniem troszczą się o swe potomstwo oraz pielęgnują starych i chorych sąsiadów, drzewa, które doświadczają wrażeń, mają uczucia i pamięć. Niewiarygodne? Ale prawdziwe!

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego mamutowce w Europie nigdy nie są specjalnie wysokie? Mimo że niektóre z nich liczą sobie już sto pięćdziesiąt lat, to żaden z nich nie jest wyższy niż pięćdziesiąt metrów. W ich dawnej ojczyźnie, na przykład w lasach zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej, bez najmniejszego wysiłku osiągają dwa razy większą wysokość. Dlaczego tutaj im to nie wychodzi?

Jeśli przypomnimy sobie rozważania o drzewnych przedszkolach, o ekstremalnej powolności młodych drzew, moglibyśmy powiedzieć – przecież to jeszcze dzieci, czegóż można od nich oczekiwać! Ale tej hipotezie przeczy ogromna średnica pnia starszych europejskich mamutowców, która często wynosi ponad dwa i pół metra (mierzona na wysokości piersi). Rosnąć więc potrafią, tylko w którymś momencie kierują energię w niewłaściwą stronę.

Wskazówki, o co tu może chodzić, dostarczają stanowiska mamutowców. Często są to miejskie parki, gdzie zostały posadzone jako egzotyczne trofea książąt i polityków. A drzewom brakuje przede wszystkim lasu czy też, ściśle mówiąc, rodziny. We wspomnianym wieku stu pięćdziesięciu lat są rzeczywiście – oceniając według ich przewidywanej długości życia, która wynosi kilka tysięcy lat – jeszcze dziećmi, które dorastają bez rodziców, z dala od ojczyzny. Nie mają wujków, nie mają ciotek, nie mają wesołego przedszkola. Nic z tych rzeczy – pozbawione rodziny, muszą samotnie, na obczyźnie, przedzierać się przez życie.


A co z wieloma innymi drzewami w parku? Czy nie tworzą one czegoś w rodzaju lasu, czy nie mogłyby stworzyć przybyszom rodziny zastępczej? Z reguły jednak zostały posadzone w tym samym czasie, nie mogły więc zaoferować małym mamutowcom ochrony i pomocy. Ponadto ich gatunki są sobie bardzo, bardzo obce. Kazać lipom, dębom czy bukom zwyczajnym wychowywać mamutowce to mniej więcej tak, jak gdybyśmy chcieli powierzyć ludzkie niemowlęta myszom, kangurom czy humbakom. To nie działa, więc mali Amerykanie muszą sami brać się za bary z życiem. Bez matki, która ich nakarmi i która będzie czuwać, by maluchy nie rosły zbyt szybko, bez przytulnego, wilgotno-bezwietrznego klimatu lasu, w opuszczeniu.

Jak gdyby tego jeszcze było mało, gleba w większości wypadków to po prostu katastrofa. Podczas gdy w puszczy delikatne korzenie mają pod dostatkiem miękkiej, gruzełkowatej, bogatej w próchnicę i stale wilgotnej ziemi, parki oferują jedynie twarde, wyjałowione przez miejskie osadnictwo zbite połacie. Ponadto spacerowicze chcą podejść do drzew, dotknąć kory i wypocząć w cieniu ich koron. Przez dziesiątki lat tratują bezustannie ziemię u ich stóp, co powoduje dalsze zbicie gleby. Deszcz spływa o wiele za szybko, zimą nie da się zrobić zapasów na lato.

Sam fakt sztucznego sadzenia drzewek pociąga za sobą skutki na całe życie. Bo żeby w ogóle móc przenieść drzewka ze szkółki na ostateczne stanowisko, trzeba najpierw całe lata je do tego przygotowywać. Każdej jesieni korzenie na grządkach są przycinane, by pozostały zwarte i w przyszłości można je było łatwo wykopać. Średnica bryły, która dla trzymetrowej wysokości drzewka wynosi około sześciu metrów, zostaje w ten sposób zredukowana do pięćdziesięciu centymetrów. Koronę również się silnie przycina, by nie zginęła z pragnienia przy tak okrojonych korzeniach. Te zabiegi nie mają służyć zdrowiu drzewka, lecz jedynie wygodzie użytkowania. Przy skracaniu korzeni odcina się niestety razem z ich wrażliwymi koniuszkami przypominające umysł struktury – aua! Drzewo jak gdyby traci orientację, nie potrafi już pod ziemią rosnąć w głąb i wykształca płaski „talerz” korzeniowy. Wodę i składniki odżywcze może w ten sposób pozyskiwać w bardzo ograniczonym stopniu.


Początkowo to wszystko zdaje się zbytnio nie przeszkadzać młodym drzewkom. Napychają się słodyczami, bo w pełnym blasku słońca mogą do woli uprawiać fotosyntezę. Łatwo więc mogą przeboleć brak karmiącej matki. W pierwszych latach problem wody w twardej jak kość glebie jest również słabo odczuwalny, bo w końcu siewki są starannie pielęgnowane i w razie suszy podlewane przez ogrodników. Przede wszystkim jednak nie ma żadnej dyscypliny! Żadnych napomnień „tylko powoli”, żadnego „zaczekaj najpierw te dwieście lat”, żadnych kar w postaci odcięcia dostępu do światła, jeśli się nie rośnie ładnie i prosto. Każde z młodych drzewek może robić, co mu się żywnie podoba. Startują więc do wyścigu i co roku wytwarzają długie pędy szczytowe. Od pewnej wysokości premia za dzieciństwo wydaje się jednak wyczerpana. Podlewanie dwudziestometrowych drzew wymagałoby olbrzymich ilości wody i czasu. Ogrodnicy musieliby zużyć wiele metrów sześciennych wody, by odpowiednio nawilżyć korzenie – i to tylko na jedno drzewo! A zatem pewnego dnia po prostu przestają się o nie troszczyć.

Mamutowce najpierw tego w ogóle nie zauważają. Przeżyły w dostatku dziesiątki lat i robiły to, na co tylko miały ochotę. Ich gruby pień niczym brzuch obżartucha zaświadcza o solarnych orgiach. Fakt, że komórki w ich wnętrzu są bardzo duże, zawierają sporo powietrza, a tym samym są podatne na atak grzybów, nie odgrywa większej roli w młodych latach.

Boczne konary świadczą również o braku wychowania. Zasady savoir-vivre’u, które obowiązują w lesie pierwotnym i zalecają cienkie gałęzie w dolnej części pnia lub całkowity ich brak, nie są znane w parku. Za sprawą obfitości światła docierającego aż do ziemi mamutowce wykształcają grube pędy boczne, które później tak się rozrastają, że porównanie z napakowanym kulturystą samo się narzuca. Wprawdzie gałęzie w dolnej części pnia, do dwóch-trzech metrów, są przeważnie odpiłowywane przez ogrodników, by nic nie ograniczało spacerowiczom swobodnego widoku, jednak w porównaniu z lasem pierwotnym, gdzie grubsze konary są dozwolone dopiero na wysokości dwudziestu, a czasem nawet pięćdziesięciu metrów, to i tak istny raj.

W końcowym efekcie wytwarza się gruby, krótki pień, a nad nim jest już tylko korona. W skrajnym przypadku parkowe drzewa wyglądają tak, jakby składały się wyłącznie z korony. Ich korzenie zagłębiają się co najwyżej na pół metra w zdeptaną setkami nóg ziemię, a tym samym nie dają drzewom żadnego oparcia. To bardzo ryzykowne i dla okazów normalnej wielkości stanowiłoby zbyt chwiejną podporę. Jednakże u form mamutowców wyrosłych z dala od lasów pierwotnych punkt ciężkości leży bardzo nisko, czytaj – burze nie wytrącą ich tak łatwo z równowagi i dlatego są stosunkowo stabilne.


Ukończenie pierwszych stu lat życia (i osiągnięcie odpowiednika wieku szkolnego) oznacza koniec beztroskich dni. Najwyższe pędy usychają, bo mimo wszelkich prób, by raz jeszcze wystrzelić w górę, drzewo osiągnęło już kres swoich możliwości. Dzięki naturalnej impregnacji przeciw grzybom mamutowce mogą jednak przetrwać jeszcze wiele dziesiątków lat mimo pojawiających się uszkodzeń kory.

Zupełnie inaczej zachowują się inne gatunki drzew. Buki na przykład źle znoszą każde odpiłowanie grubych konarów. Podczas najbliższego spaceru po parku przyjrzyjcie się im dokładniej – nie istnieją niemal okazy dużych drzew liściastych, które nie byłyby w jakiś sposób podcięte, opiłowane czy jakkolwiek podstrzyżone. To „cięcie” (a właściwie masakra) służy często wyłącznie względom estetycznym, które na przykład wymagają, by wszystkie drzewa w alejce miały identycznie uformowaną koronę. Przycięta korona oznacza dotkliwy cios dla korzeni. Ich wielkość jest optymalnie dostosowana do nadziemnych organów. Gdy więc usunie się dużą część konarów, a przez to ograniczy fotosyntezę, odpowiednio duży procent części podziemnych umrze z głodu. W ich martwe zakończenia i w miejsca cięć na pniu wnikną teraz grzyby, które łatwo się rozprawią z napowietrzonym, szybko wytworzonym drewnem.

Już po paru dekadach, czyli w tempie dla drzew błyskawicznym, wewnętrzna zgnilizna zaczyna być widoczna na zewnątrz. Obumierają całe połacie korony, wobec czego zarząd zieleni miejskiej wycina je, by usunąć potencjalne zagrożenie dla spacerowiczów. W miejscach po cięciu powstają dalsze ogromne rany. Naniesiona na nie maść ogrodnicza przyspiesza w wielu wypadkach proces rozkładu, bo pod spodem drewno pozostaje wilgotne – superwarunki dla grzybów!

W końcu pozostaje sam kadłub drzewa, który nie nadaje się do utrzymania i pewnego dnia zostanie ścięty. A ponieważ żaden krewniak nie pospieszy z pomocą, pniak obumrze prędko i ostatecznie. Niedługo później posadzi się nowe drzewo i cały dramat zacznie się na nowo.

Miejskie drzewa to leśne dzieci ulicy. Te z nich, które posadzono bezpośrednio przy ulicach, najlepiej ukazują sens tego określenia. Przez pierwsze dekady życia nie różnią się niczym od swych gatunkowych krewniaków w parku. Są rozpieszczane i pielęgnowane, czasem nawet mają własne, specjalnie założone wodociągi, z których czerpią wodę. Ale gdy ich korzenie chcą się dalej rozrastać, przeżywają niemiłe zaskoczenie. Bo gleba pod jezdnią czy chodnikiem jest o wiele twardsza, gdyż ubito ją dodatkowo za pomocą zagęszczarek.

Bolesne to przeżycie, ponieważ korzenie leśnych drzew zasadniczo nie wnikają głęboko w glebę. Rzadko który gatunek dociera dalej niż półtora metra w głąb, w większości wypadków eksploracja kończy się o wiele wcześniej. W lesie nie stanowi to problemu, w końcu będąc drzewem, można niemal w nieskończoność rozrastać się na boki. Jednak nie przy krawężniku. Tu wzrost ogranicza jezdnia; pod chodnikiem zaś są przewody i ziemia ubita wskutek kładzenia instalacji. Nic więc dziwnego, że na takich stanowiskach ciągle dochodzi do konfliktów. Platany, klony bądź lipy chętnie wrastają pod ziemią w rury kanalizacyjne. To, że zakłócają przez to działanie systemu, zauważamy najpóźniej po pierwszej burzy, kiedy ulice stoją pod wodą. Specjaliści badają wówczas, pobierając próbki korzeni, które drzewo zatkało rury. Jego wypad do pozornego raju pod trotuarem karany jest śmiercią – zostanie ścięte, a jego następcy wbuduje się barierę korzeniową, by zapobiec naśladownictwu.

Przez długi czas miejscy inżynierowie przypuszczali, że to wilgoć przesączająca się z nieszczelnych złączy lub zawarte w ściekach składniki odżywcze przyciągają korzenie z magiczną siłą. Szeroko zakrojone badania Uniwersytetu Ruhry z Bochum wykazały jednak zupełnie inne przyczyny. Korzenie w rurach rosły ponad lustrem wody i nie wyglądały też na zainteresowane nawozem. Chodziło o luźną glebę, która podczas prac budowlanych nie została starannie ubita. Tu korzenie mogły oddychać i miały miejsce do swobodnego rośnięcia. Tylko przy okazji wrastały w uszczelnienia między poszczególnymi odcinkami przewodów, a następnie rozrastały się wewnątrz nich. Ostatecznie okazuje się więc, że jest to bezwzględne działanie w stanie wyższej konieczności, kiedy drzewa na terenie ludzkich osiedli wszędzie natrafiają na twardą jak beton ziemię i w końcu znajdują ratunek w niechlujnie zasypanych rowach. I wtedy przysparzają nam, ludziom, problemów.

Pomocy można udzielić tylko rurom, które teraz kładzie się w wyjątkowo mocno ubitej ziemi, by korzenie nie zdołały się tam zapuścić. Dziwi was jeszcze, że w czasie letnich burz na ulicach przewraca się wyjątkowo dużo drzew? Ich mizerny podziemny system kotwiczenia, który w naturze mógłby się rozrosnąć na ponad siedmiuset metrach kwadratowych, nie jest w stanie utrzymać kilkutonowych pni na stanowisku skurczonym do kilku procent pierwotnej powierzchni. Ale nieustępliwe rośliny muszą znieść dużo więcej. Miejski mikroklimat kształtowany jest przez gromadzące ciepło asfalt i beton. Lasy w gorące lata ochładzają się nocami, ulice i budynki natomiast wypromieniowują ciepło i podnoszą tym samym temperaturę powietrza. W rezultacie oznacza to skrajnie suche powietrze, obciążone dodatkowo mnóstwem spalin.

Brakuje tu kilku towarzyszy drzew, którzy w lesie troszczą się o ich dobre samopoczucie (takich jak rozkładające próchnicę drobne organizmy). Również grzyby mikoryzowe, pomagające korzeniom w gromadzeniu wody i składników odżywczych, są obecne w minimalnym stopniu. Miejskie drzewa muszą więc samotnie w niezwykle ciężkich warunkach walczyć o przetrwanie. Jakby tego było mało, dochodzi jeszcze niepożądane nawożenie. Przede wszystkim przez psy, które podnoszą łapę przy każdym dostępnym drzewie. Mocz może przeżreć korę i doprowadzić do obumarcia korzeni. Podobne szkody powoduje sypana zimą sól, której ilość w zależności od surowości zimy może wynosić ponad kilogram na metr kwadratowy i która obciąża glebę. Ponadto liście drzew iglastych, tkwiące zimą na gałęziach, muszą się uporać z tak zwanym aerozolem solnym, wzbijanym w powietrze przez koła samochodów. Tak czy owak dziesięć procent soli ląduje w powietrzu i osadza się między innymi na drzewach, powodując poparzenia chemiczne. Te bolesne uszkodzenia można rozpoznać jako malutkie żółte i brązowe punkciki na igłach. Zranione miejsca zmniejszą zdolność do fotosyntezy i osłabią przez to drzewa iglaste już w czasie najbliższego lata.

Słabość to hasło wywoławcze dla pasożytów. Uderzenie czerwców i mszyc tym łatwiej się powiedzie, im bardziej ograniczone będą siły obronne ulicznych drzew. Do tego trzeba dodać wyższe temperatury na terenie miast. Gorące lato i ciepła zima sprzyjają owadom, które mnożą się w większych ilościach. Pewien gatunek stale trafia na czołówki mediów, bo zagraża ludziom – korowódka dębówka. Swą nazwę motyl zawdzięcza temu, że jego gąsienice po żerowaniu w koronach drzew schodzą po pniach długimi rzędami, jedna za drugą. Przed drapieżnikami chronią je gęste oprzędy, w których przechodzą linienie podczas wzrostu. Małe zmory sieją strach z powodu swych włosków parzących, które przy dotknięciu odrywają się i wbijają w skórę. Podobnie jak pokrzywy wywołują one swędzenie i obrzęk, mogą też spowodować gwałtowne reakcje alergiczne. Włoski parzące pustych wylinek pozostają w oprzędach i nie tracą mocy przez dekadę. Na obszarze miasta pojawienie się tych owadów może zepsuć całe lato, a przecież nie są one właściwie niczemu winne.

Korowódka dębówka w naturze jest raczej rzadka. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu znajdowała się w Czerwonej Księdze (spisie gatunków zagrożonych wyginięciem), a dziś wszyscy chcieliby się jej pozbyć. Masowe pojawienia się tego motyla są przy tym stale opisywane od ponad dwustu lat. Federalny Urząd Ochrony Przyrody wiąże owe rozmnożenia masowe nie ze zmianami klimatu i wzrastającymi temperaturami, lecz z atrakcyjną dla korowódek ofertą żywieniową. Uwielbiają ciepłe, przesycone słońcem korony drzew. W środku lasu to prawdziwa rzadkość, bo tam pojedyncze dęby rosną pośród buków i wystawiają na światło co najwyżej czubki górnych gałęzi. W mieście natomiast drzewa rosną luzem i przez cały dzień się nagrzewają – gąsienice naprawdę czują się tu znakomicie. A ponieważ cały „las” na terenie ludzkich skupisk oferuje optymalne warunki, nie może dziwić, że dochodzi do masowych rozmnożeń. Koniec końców nie są one niczym innym niż mocnym sygnałem, że dęby i inne gatunki przy ulicach oraz pomiędzy domami muszą prowadzić ciężką walkę o życie.

Podsumowując, obciążenia dla drzew są tak duże, że większość z nich nie ma szans się zestarzeć. I nawet to, że w młodości mogą pozwalać sobie na wszystko i robić, co im się żywnie podoba, nigdy nie równoważy wad tego przedsięwzięcia. Dobrze chociaż, że mogą podzielić się troskami z krewniakami, bo często są sadzone w formie alej złożonych z drzew tego samego gatunku. Typowe są tu platany, wpadające w oko dzięki urodziwej, wielobarwnej korze, która złuszcza się płatami. A o czym sobie opowiadają dzieci ulicy za pomocą przekazów zapachowych, czy dostosowują ton wiadomości do surowego życia, jakie wiodą – o tym na razie się nie dowiemy, bo uliczne gangi zachowują te sekrety dla siebie.

Fragment pochodzi z książki Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwarte

Dodaj komentarz