Wyszukiwanie ptasich gniazd i podmienianie jaj na drewniane atrapy… to nie opis chuligańskich wybryków, lecz sprawdzony sposób ochrony lęgów kulika wielkiego

Wyszukiwanie ptasich gniazd i podmienianie jaj na drewniane atrapy… to nie opis chuligańskich wybryków, lecz sprawdzony sposób ochrony lęgów kulika wielkiego – rzadkiego w Polsce gatunku ptaka – przed drapieżnikami. W tym roku ochroną objętych będzie co najmniej 50 gniazd.

Ptak staje się rzadkością z kilku powodów. Jak podkreśla biolog z PAN, jednym z głównych powodów są drapieżniki, które bardzo często niszczą lęgi. Chodzi głównie o krukowate i lisy; tych ostatnich jest więcej dzięki szczepieniom przeciwko wściekliźnie.

Niewielu kulikom udaje się doczekać młodych, a do strat dochodzi już na etapie wysiadywania jaj. Przyrodnicy próbują zwiększyć szanse kulików na sukces i przetrwanie.

Służy temu program ochrony współfinansowany ze środków unijnych, koordynowany przez Towarzystwo Przyrodnicze „Bocian”. Celem projektu jest doprowadzenie do wyklucia i przeżycia większej liczby młodych.

Strategia ochrony jest przewrotna: aby pomóc kulikom, trzeba zdążyć przed drapieżnikiem – znaleźć gniazda (zwykle jest to płytki dołek w trawie) – i podmienić jaja kulików na drewniane atrapy. Jeżeli jest to możliwe (teren jest bardziej odludny, rolnik wyraził na to zgodę) to fragment łąki z gniazdem jest dodatkowo zabezpieczany pastuchem elektrycznym.

 

„Najlepszy moment na wyszukiwanie to czas przylotu z zimowisk, kiedy ptaki tokują i łączą się w pary. Osoby, które zajmują się czynną ochroną, wiedzą mniej więcej, gdzie szukać kulików, bo są one przywiązane do miejsc lęgowych i często wracają na swoje łąki” – opowiada Dominik Krupiński.

W pewnym momencie w gnieździe pojawiają się charakterystyczne, oliwkowe, brązowo nakrapiane jaja (od jednego do czterech). „Takie gniazdo jest dość dobrze widoczne – zwłaszcza na początku, kiedy trawa na łąkach jest jeszcze niska. To gratka dla drapieżników, dlatego w okresie wysiadywania jaj kuliki doświadczają największych strat. Nawet 90 proc. par traci lęgi już na etapie wysiadywania!” – mówi Dominik Krupiński.

Dlatego na ten moment przypada najbardziej radykalna część akcji: przyrodnicy zabierają jaja z gniazda, a na ich miejsce kładą identyczne, drewniane atrapy. Prawdziwe jaja trafiają do bezpiecznych inkubatorów, gdzie mogą dojrzewać. Po około 30 dniach, gdy zbliża się czas klucia piskląt – przyrodnicy wracają do gniazd, by dokonać kolejnej podmiany: zabierają atrapy, a jaja oddają rodzicom.

„Z tego co widzimy, ptaki nie mają problemu z wysiadywaniem atrap. Czasami jednak nawet one są wynoszone z gniazda przez lisy czy wrony” – mówi przyrodnik. Liczba tych skradzionych jaj może służyć jako jeden z mierników sukcesu projektu, gdyż bez ingerencji przyrodników byłyby to pisklęta stracone.

Gdy drewniane atrapy zostaną zrabowane, wysiadujące ptaki opuszczają miejsca lęgowe – wówczas prawdziwych jaj nie ma komu oddać. W takim wypadku pisklęta są przeznaczane do hodowli wolierowej. Gdy zaczynają latać – wracają na wolność, na łąki, w miejsca, gdzie znajdują odpowiednie warunki żerowiskowe albo skąd były podbierane jaja.

Przed wypuszczeniem młode ptaki są obrączkowane i dodatkowo znakowane żółtymi znacznikami, tzw. flagami, co zwiększa szanse na odczytanie indywidualnego kodu i identyfikację osobnika. „Dzięki odczytom tych obrączek wiemy np., że kuliki z hodowli wolierowej docierają na zimowiska do Francji. To potwierdza, że nasze działania mają sens, że faktycznie zwiększa się szansa na przetrwanie tych ptaków” – podkreśla Dominik Krupiński.

W projekt zaangażowanych jest ponad 20 osób – przyrodników, którzy jeżdżą w teren i podmieniają jaja, zajmują się inkubacją jaj i hodowlą wolierową czy wspierają program od strony naukowej, dokumentacyjnej i administracyjnej. W ramach ochrony kulika przyrodnicy współpracują z rolnikami, których informują np. o znalezionych gniazdach (co pozwala je omijać podczas koszenia czy wałowania).

 

Czytaj więcej na: naukawpolsce.pap.pl

Dodaj komentarz