Smutny koń z królewskiego orszaku

Przeczytajcie prawdziwą historię z długoletniej praktyki Amelii Kinkade, znanej na całym świecie kobiety, która komunikuje się ze zwierzętami.

Wielkie, żelazne wrota zatrzasnęły się za mną złowieszczo, gdy wysokiej rangi oficer – zastępca adiutanta – wprowadził mnie przez strzeżone prywatne wejście, zamknięte dla ogółu społeczeństwa. Była to moja druga wizyta w pałacu Buckingham. Zeszłej jesieni stałam na zewnątrz z pozostałymi turystami, robiąc zdjęcia i podziwiając całe widowisko z daleka, oddzielona od siedziby Królowej dostojnymi strażnikami oraz wysokim ogrodzeniem z kutego żelaza.

Teraz, zaledwie pięć miesięcy później, znalazłam się za tym ogrodzeniem. Wiatr szarpał moją kwiecistą apaszką, więc nerwowo wsunęłam ją pod beżowy, kaszmirowy żakiet, wycierając strużkę potu, która spływała mi po klatce piersiowej. Starałam się dotrzymać kroku maszerującemu oficerowi, który był kapitanem okolicznych budynków. To był chłodny, rześki maj w Londynie – zupełne przeciwieństwo 38-stopniowych upałów w moim rodzinnym Los Angeles – a jednak ostatnim razem pociłam się tak w SPA w Beverly Hills, wdychając zapach eukaliptusa. Starałam się pamiętać o oddychaniu. Gdy przechodziłam przez pałacowe dziedzińce, w asyście dwóch oficerów armii, wesoły promień słońca spłynął na moje zarumienione policzki i rozjaśnił zamkowe ściany różowym, pastelowym blaskiem, zupełnie jak na obrazie malowanym akwarelami. Za chwilę miałam przejść sprawdzian swojej odwagi i talentu.

Jako „korporacyjny coach” i międzynarodowy tłumacz z rosnącą reputacją specjalisty ds. zarządzania personelem oraz efektywnej pracy zespołowej, zostałam sprowadzona w charakterze mediatora w „królewskiej, oficjalnej sprawie służbowej”. Wojsko miało problemy z kilkoma członkami personelu. Niektórzy starzy pracownicy tracili zapał do pracy, a kilku nowych rekrutów z zagranicy miało problemy z dostosowaniem się do nowego środowiska oraz obowiązków. Żaden z nich nie mówił po angielsku.

Po drodze minęłam wielu mężczyzn, ubranych w uniformy z miedzianymi guzikami, którzy salutowali mi, stukając obcasami lśniących czarnych butów. Zastępca adiutanta wprowadził mnie do budynku i poprowadził długim korytarzem, wypełnionym boksami, w których znajdowali się pracownicy.

– Nie jestem pewien, czy to dobry czas na rozmowę. Właśnie podaliśmy lunch – powiedział.

– W porządku – odpowiedziałam nerwowo. – Może zechcą ze mną porozmawiać podczas jedzenia.

– To Kapitan Harris – powiedział oficer. – Sprawował się wyśmienicie przez wiele lat, ale ostatnio zrobił się trochę niesforny. Odnoszę wrażenie, że stracił zapał. Jest o wiele za młody na emeryturę, ale już teraz wydaje się niezadowolony ze swojej pracy. Proszę go zapytać, na czym polega problem.

Gdy weszłam do boksu, Kapitan Harris spoglądał w drugą stronę, konsumując owsiankę. Rzucił mi zdziwione spojrzenie, po czym powrócił do jedzenia.

– Och, myślałem, że jesteś marchewką – powiedział.

Całkiem mnie zamurowało. W przeszłości miałam do czynienia z wieloma pracownikami upośledzonymi umysłowo, ale żaden z nich nigdy nie pomylił mnie z marchewką.

– Co takiego? – zapytałam.

– Twój sweter. Jest w moim ulubionym kolorze – odpowiedział.

Spojrzałam na siebie i… rzeczywiście jasnopomarańczowy sweterek, który przebijał przez podłużne, trójkątne wcięcie żakietu, do złudzenia przypominał marchewkę.

– Cóż, wygląda na to, że jego widzenie peryferyjne nie jest zbyt dobre – powiedziałam do siebie, robiąc notatki w notesie. – Zwłaszcza w prawym oku.

– Przyniosłaś mi jakieś marchewki? – zapytał.

– Nie. Przykro mi, nie przyniosłam. Rozumiem, że ostatnio nie czujesz się zbyt dobrze? Nie odpowiada ci dieta?

– Jest bardzo monotonna – odpowiedział, podchodząc do miski ze zwiędłą sałatą.

– A co z twoim trawieniem? – zapytałam.

 

– Niezbyt dobrze, odkąd odszedł mój współpracownik. Widziałaś może kotkę?

– Nie, jeszcze nie. Jak wygląda?

– Jest szara w białe prążki. Odkąd przeniesiono mojego przyjaciela, odwiedza mnie w nocy i pociesza.

– Czy w tym budynku jest jakiś szaro-biały kot? – zapytałam oficera.

– O, tak. To Emma. Nie wiedziałem, że ją lubi.

– Powiedz mu, że wszyscy lubią Emmę. Niesamowicie podnosi na duchu. – powiedział Kapitan Harris.

– Proszę go zapytać, czy chce przejść na emeryturę – ponaglił mnie wojskowy.

– Oczywiście, że nie! –  odparł z oburzeniem Kapitan Harris. – Jestem jednym z ulubieńców Królowej! Zdobyłem wiele medali! Nie mogę przejść na emeryturę. Sprawiłbym jej zawód. W sobotę musimy poćwiczyć krok paradny przed defiladą i cały zespół liczy, że będę mu  przewodził.

Gdy przekazałam tę wiadomość zastępcy adiutanta, wybałuszył oczy ze zdziwienia.

– Rzeczywiście! Mają trening w sobotę – potwierdził.  – No cóż, jeśli cieszy go praca i nie może doczekać się wielkiego wydarzenia, zapytaj, dlaczego ostatnio nie potrafi się skoncentrować.

– Twój szef jest zaniepokojony twoim zachowaniem – kontynuowałam. – Nie jesteś już zadowolony ze swojej pracy?

– Tęsknię za przyjacielem, Bernardem. Stał w boksie po mojej lewej stronie. Lubiliśmy ze sobą pracować i rozmawiać po pracy. Ten niesforny smarkacz był taki pewny siebie! Rozśmieszał mnie i sprawiał, że czułem się młodo. Właśnie zaczynałem pokazywać mu, o co chodzi z linami, kiedy go wywieźli. Zabrali go na północ kraju, gdzie pracuje w pięknej, wiejskiej okolicy, a ja utkwiłem tutaj. Też chciałbym tam pojechać. Albo żeby on wrócił tutaj. Strasznie za nim tęsknię. Powinniśmy być razem. Proszę, powiedz mu, żeby sprowadził Bernarda z powrotem.

– Jest samotny – zwróciłam się do adiutanta. – Tęskni za swoim przyjacielem, który stał po jego lewej stronie. Podał mi jego imię: Bernard. Mówi, że zabrano go na północ kraju, gdzie pracuje na wsi, a tymczasem on musi tu tkwić zupełnie sam.

Wojskowy zaniemówił, najwyraźniej wstrząśnięty wiadomością, którą mu przekazałam. Gdy wreszcie odzyskał głos, wykrzyknął entuzjastycznie:

– Tak, to wszystko prawda! W sąsiednim boksie stał chłopak o imieniu Bernard! Nie zdawałem sobie sprawy, że tyle znaczy dla Kapitana. Kilka tygodni temu przeniesiono go na północ do posiadłości łowieckiej Księcia Karola w Midlands. To prawda! Tamtejsze tereny wiejskie są bardzo piękne i zielone, a chłopaki znacznie lepiej się tam bawią na polowaniach w lasach. Przewozimy ich z miejsca na miejsce, żeby urozmaicić im pracę. Myśleliśmy, że Kapitan, z racji swojego wieku, nie będzie miał ochoty tam jechać. Bernard! Zdumiewające! Skąd zna jego imię? Któżby przypuszczał, że nazwie go „po imieniu!”

Czy było coś nie tak z Kapitanem Harrisem? Dlaczego miałby nie znać imienia swojego najlepszego przyjaciela? Czy jest zbyt niedołężny? A może głuchy?

Ależ nie! On po prostu jest… koniem. Kapitan Harris to jeden z wierzchowców należących do królewskiego orszaku Elżbiety II. W maju 2002 roku zaproszono mnie do pałacu Buckingham, gdzie miałam pracować z królewską konnicą, akurat w czasie przygotowań do jubileuszu Jej Królewskiej Mości. Kilka dni później dostąpiłam kolejnego zaszczytu – zaproszono mnie do posiadłości łowieckiej Księcia Karola, gdzie miałam okazję osobiście poznać Bernarda i ucałować go w nos. (Miłośnicy zwierząt nie odczuwają strachu). Po mojej wizycie doszło do ponownego, radosnego spotkania dwojga przyjaciół. Witaj w magicznym świecie zwierząt, gdzie wszystkie stworzenia (zarówno dwunożne, jak i czworonożne), potrafią ze sobą „rozmawiać” – po cichu, spokojnie i bez nieporozumień.

Więcej podobnych historii przeczytacie w książce Amelii Kinkade pt. Język Cudów (Wydawnictwo Biały Wiatr, 2016) Znajdziecie ją TU

 

Dodaj komentarz