Mały kraj, który może zmienić świat

1

Wzdłuż krętej, górskiej drogi łączącej lotnisko z Thimphu, stolicą Bhutanu, stoją ręcznie malowane znaki. Jednak zamiast informacji o ograniczeniu prędkości czy przypomnieniach o ostrożnej jeździe można na nich zobaczyć różnego rodzaju hasła i mądrości życiowe. ”Życie jest podróżą – dojdź do celu!”. Albo: ”Niech natura cię prowadzi”. A na końcu ostrego, niebezpiecznego zakrętu: ”Przepraszamy za niedogodności!”.

To bardzo stosowne powitanie osoby przybywającej do tego odległego królestwa, miejsca pełnego starożytnych klasztorów, łopoczących na wietrze flag modlitewnych i niezwykłego piękna dzikiej natury. Nie minęło jeszcze 40 lat od chwili, kiedy Bhutan otwarł granice dla obcokrajowców. Od tego czasu wielu uznaje go za realny odpowiednik mitycznej krainy Shangri-La, między innymi ze względu na metodyczne dążenie do realizacji pozornie najbardziej ulotnej wizji: szczęścia.

Od 1971 r. władze Bhutanu odrzuciły założenie, że podstawowym miernikiem rozwoju kraju jest Produkt Krajowy Brutto. Zamiast niego zaproponowano zupełnie inne podejście do rozwoju, mierzące dobrobyt poprzez poziom szczęścia. Wskaźnik GNH (z ang. Gross National Happiness, w wolnym tłumaczeniu: ”szczęście narodowe brutto”) wyznacza właśnie poziom szczęścia, a także zdrowia (zarówno fizycznego, jak duchowego i społecznego) i czystości środowiska naturalnego.

Przez wiele lat to założenie – że poczucie szczęścia powinno być ważniejsze niż wzrost gospodarczy – traktowany był na świecie jako dziwactwo. Dziś, w świecie upadających systemów finansowych, wielkich nierówności społecznych i niszczenia środowiska na wielka skalę, podejście zaproponowane przez ten mały buddyjski kraj budzi coraz większe zainteresowanie.

Teraz, kiedy światowi przywódcy przygotowują się do spotkania w Ad-Dauha na konferencji klimatycznej organizowanej przez ONZ, płynące z Bhutanu ostrzeżenia, że świat jest na drodze do ekologicznego i ekonomicznego samobójstwa, zaczynają przykuwać uwagę. W ubiegłym roku ONZ przyjęła bhutańskie wezwanie do holistycznego traktowania kwestii rozwoju, co poparło 68 krajów. Obecnie ONZ rozważa, czy bhutański model wskaźnika GNH mógłby być stosowany na całym świecie.

Przedstawiciele poszczególnych krajów w Ad-Douha będą się starali osiągnąć kompromis w sprawie globalnej emisji gazów cieplarnianych, a Bhutan będzie tam przedstawiony jako kraj rozwijający się, który ochronę przyrody i idee zrównoważonego rozwoju postawił w centrum swojej politycznej agendy. W ciągu ostatnich 20 lat znacznie wzrosła tam średnia długość życia, niemal 100 procent dzieci uczęszcza do szkoły podstawowej, trwa także przebudowa i modernizacja infrastruktury.

Środowisko naturalne Bhutanu uznawane jest tu za narodowe bogactwo i chronione konstytucyjnie. Kraj zobowiązał się do utrzymywania ”neutralności węglowej” i zachowania zalesienia na przynajmniej 60 procent powierzchni. Eksport drewna jest zakazany, a obecnie w planach jest wprowadzenie raz na miesiąc ”dnia bez samochodu”, kiedy po drogach w ogóle nie mogłyby poruszać się prywatne pojazdy.

– Łatwo jest kopać w ziemi, łowić ryby w morzu i bogacić się – mówi Thakur Singh Powdyel, minister edukacji Bhutanu, jeden z najaktywniejszych rzeczników idei GNH. – My jednak uważamy, że w dłuższej perspektywie czasowej nie będzie zamożny ani szczęśliwy żaden naród, który nie troszczy się o swoje środowisko ani o szczęście ludzi. Potwierdzają to wydarzenia, które mają miejsce na całym świecie.

Powdyel uważa także, że świat źle rozumie starania Bhutanu. – Ludzie zawsze pytają, jak to możliwe, że wszyscy czują się szczęśliwi. A to oznacza niezrozumienia problemu – tłumaczy. – GNH to rodzaj aspiracji, zestaw zasad, według których staramy się postępować, aby osiągnąć równość społeczną i zrównoważony rozwój. I jesteśmy przekonani, że cały świat powinien pójść tą samą drogą, zanim będzie za późno.

Aspiracje Bhutanu przekładają się na język polityki właśnie poprzez indeks GNH, bazujący na sprawiedliwości społecznej, ochronie dóbr kultury, ochronie środowiska i dobrych rządach.

Choki Dukpa, dyrektorka szkoły podstawowej w Thimphu, przygląda się, jak jej uczniowie idą do klas. Tłumaczy nam, że od kiedy cztery lata temu zasady GNH zostały włączone w system edukacji, obserwuje wyraźny wzrost poziomu emocjonalnego dobrostanu dzieci. Przyznaje jednocześnie, że początkowo nie miała pojęcia, do czego miałyby prowadzić wymagane przez władze zmiany. – To wszystko brzmiało bardzo ładnie, ale nie rozumiałam, jak miałoby to działać – mówi. – Później jednak, kiedy UNICEF zaczął fundować specjalny program szkoleniowy dla nauczycieli ”zielonych szkół”, sprawy szybko zaczęły iść ku lepszemu. Idea bycie ”zielonym” nie ogranicza się tylko do troski o środowisko, to pewna filozofia życia.

Teraz w szkole dzieci poza matematyką czy fizyką uczą się także podstawowych technik rolniczych i metod ochrony środowiska naturalnego. Specjalny program gospodarki odpadami gwarantuje, że każdy skrawek materiału używanego w szkole podlega później recyclingowi.

Wdrożenie zasad GNH w edukacji to także codzienne sesje medytacji i zastąpienie szkolnego dzwonka uspokajającą tradycyjną muzyką. – Edukacja nie oznacza tylko zdobywania dobrych stopni – mówi pani Dukpa. – Chodzi o przygotowanie dzieci do bycia dobrymi ludźmi. To pokolenie, które będzie żyło w naprawdę przerażającym świecie, bo przecież zmiany środowiskowe i społeczne postępują. Musimy te dzieci do tego przygotować.

Mimo skupienia się na ”narodowym szczęściu” Bhutan ma przed sobą długą drogę. Obecnie jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Co czwarty z 800 tysięcy Bhutańczyków żyje za mniej niż 1,25 dolara dziennie, 70 procent nie ma w domu energii elektrycznej. Rośnie przestępczość (zwłaszcza ta wiążąca się z przemocą), mnożą się gangi, a wzrost światowych cen żywności coraz bardziej dotyka rosnąca populację.

Przyszłość kraju także jest niepewna. Przedstawiciele Bhutanu na konferencji w Ad-Dauha ostrzegają, że model GNH może załamać się w obliczu problemów społecznych i środowiskowych, a także pod wpływem zmian klimatu. – Na tym szczycie mówi się o tym, żeby utrzymać się poniżej przewidywanego wzrostu średniej temperatury na świecie o dwa stopnie. Dla nas to za mało – mówi Thinley Namgyel, szef bhutańskiego wydziału do spraw zmian klimatu. – Jesteśmy małym narodem stojącym w obliczu wielkich wyzwań. Robimy co w naszej mocy, ale sami nie zdołamy zachować naszego środowiska naturalnego. Bhutan to górski kraj, w którym często mamy do czynienia z ekstremalnymi warunkami pogodowymi. W dodatku jesteśmy silnie uzależnieni od rolnictwa. Obecnie staramy się wykorzystywać energię wody do produkcji elektryczności i finansowania rozwoju.

W Paro, rolniczym rejonie kraju odległym o godzinę drogi od stolicy, 53-letni Dawa Tshering tłumaczy nam, jak zmiany klimatu wpływają na jego zbiory. Urodził się w Paro, ale mówi, że dziś coraz trudniej jest mu uprawiać niewielkie pole ryżowe. – Pogoda bardzo się zmieniła – opowiada. – Zimą nie ma śniegu, deszcze padają w innych okresach niż kiedyś, cała nasza planeta niszczeje. Burze są coraz potężniejsze. Jest coraz cieplej, więc w owocach i w ziarnie jest coraz więcej owadów. Nie rozumiem tego, ale jeśli tak będzie dalej, to będziemy mieć poważne problemy z wyżywieniem się.

Bhutan stara się bronić – obecnie przeprowadza się między innymi ogromne prace mające na celu zapobieganie gwałtownym powodziom biorącym początek w górskich jeziorach lodowcowych – ale niewiele osiągnie sam. W ubiegłym tygodniu w Ad-Dauha starano się o wsparcie dla krajów takich jak Bhutan, szczególnie wrażliwych na zmiany klimatu.

– Świat patrzy dziś na Bhutan jako na alternatywny model zrównoważonej gospodarki, ale jeśli nie podejmiemy wspólnych działań, to wszystkie wysiłki Bhutańczyków mogą zostać zaprzepaszczone – mówi Stephen Pattison z brytyjskiego oddziału UNICEF. – Małe i rozwijające się kraje, takie jak Bhutan, potrzebują wsparcia. Władze brytyjskie i inne muszą podjąć stosowne działania: zobowiązać się do wpłacania pieniędzy na fundusz ekologiczny, i to jak najszybciej.

W Paro nastolatki wracające do domu w szkolnych mundurkach doskonale zdają sobie sprawę z trudnej przyszłości czekającej ich ojczyznę. Bhutan musi jakoś pogodzić swoją wizję szczęścia i zrównoważonego rozwoju z globalnymi realiami, w jakich przyszło mu żyć. Ale młodzi ludzie są dumni, że urodzili się Bhutańczykami. Chcą być strażnikami leśnymi, ekologami i lekarzami. Ale chcą także podróżować po świecie, słuchać koreańskiego popu i oglądać filmy z Rambo.

– Tak, chciałbym móc zwiedzać świat, ale potem chciałbym wrócić do Bhutanu i zastać go niezmienionym – mówi Kunzang Jamso, piętnastolatek, którego tradycyjny strój kontrastuje z fryzurą w stylu członka boysbandu. – Myślę, że musimy chronić Bhutan przed wpływami z zewnątrz, bo możemy utracić nasza kulturę. A wtedy kim właściwie będziemy?

Homa Khaleeli

 

Źródło: http://m.onet.pl/biznes/prasa,06n56