Krzysztof Cegielski: ludzie w Polsce mają serce na dłoni

1

W 2003 roku uległ wypadkowi na torze żużlowym i został sparaliżowany od pasa w dół. Lekarze nie dawali mu dużych nadziei. Po jedenastu latach żmudnych ćwiczeń odrzucił jednak wózek inwalidzki i zaczął chodzić. Historia Krzysztofa Cegielskiego skłania do refleksji. Pokazuje, ile można zyskać, gdy człowiek wbrew wszystkiemu się nie poddaje.

Do wypadku doszło podczas meczu ligi szwedzkiej na torze w Vetlandzie. Po karambolu Cegielski ratował się przed uderzeniem w bandę i puścił motocykl. Wtedy dostał cios w plecy maszyną Ryana Fishera. Jeden z kręgów obrócił się o 180 stopni. Żużlowiec od razu wiedział, że jest z nim źle. Widząc obrażenia Cegielskiego niektórzy lekarze sugerowali, by dał sobie spokój z rehabilitacją. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Ale nie dla żużlowca.

– Nastawiłem się na walkę. Nie miałem ani jednego dnia zwątpienia. Przez jedenaście lat nie opuściłem żadnego treningu. Żadnego! Potwierdzi to każdy mój rehabilitant. W pierwszych miesiącach wręcz przesadzałem z ćwiczeniami, mogłem nie wychodzić z sali. O 6 pobudka, o 7:30 pierwszy trening rehabilitacyjny, przez półtorej godziny. Później dwie godziny basenu i o 14:30 kolejny trening. Nie poddawałem się, gdy mijały miesiące, a efektów nie było widać – zapewnia.

W ostatnich tygodniach o Cegielskim zrobiło się głośno w mediach. Nie można powiedzieć, że był zapomniany, bo komentował żużel w telewizji i pisał felietony do „Przeglądu Sportowego”. Ale o jego postępach w rehabilitacji było raczej cicho. Wszystko zmieniło się, gdy pojawił się na meczu koszykówki swojej narzeczonej (Justyna Żurowska gra w Wiśle Kraków) bez wózka, podpierając się balkonikiem. Podchwycili to fotoreporterzy. „Krzysztof Cegielski znowu chodzi!” – pojawiły się tytuły.

– Nie jestem tym zdziwiony. Nikt patrząc z boku nie mógł orientować się, jakie robię postępy. Od dawna czułem się silniejszy, ale dla ludzi przekaz jest prosty: albo ktoś jeździ na wózku, albo chodzi. Ciężko jest powstrzymać to zainteresowanie mediów i nie mam zamiaru tego robić, bo zauważyłem, że to przynosi pozytywne skutki. Mam sygnały, że osoby, które traciły już wiarę i chęć do ćwiczeń, odzyskały ją. I dobrze, bo nawet po wielu latach można coś poprawić.

Cegielski zapewnia, że po wypadku nie pogrążył się w depresji. To kontrastuje z plotką, która lata temu obiegła żużlowy świat, że załamał się i podciął sobie żyły.

– Nie wiem, skąd to się wzięło. To było kilka miesięcy po wypadku. Siedziałem u znajomych w domu i oglądaliśmy mecz żużlowy. W pewnym momencie kolega dostał telefon „czy to prawda, że Krzysiek podciął sobie żyły”? Odpowiedział: „nic z tych rzeczy, siedzi tutaj koło mnie”.

– Prawda jest taka, że otoczenie gorzej znosiło mój wypadek niż ja. Bliscy przychodzili mnie odwiedzić przygnębieni. Nie wiedzieli jak się zachować, jak pocieszyć. Wychodzili uśmiechnięci, bo zarażałem ich optymizmem – wspomina Cegielski.

Pozytywne nastawienie objawiało się także w mało racjonalny sposób. Słynna jest historia, że jeszcze leżąc w szpitalu Cegielski kupił dwa silniki do motocykla, bo wierzył, że zaraz wróci na tor. Był zresztą uważany, za największy talent w Polsce i następcę Tomasza Golloba. Zapowiedział, że nie obetnie włosów, dopóki nie będzie się znowu ścigał. Takich zachowań było więcej.

– Od początku powiedziałem sobie, że nie przystosuję mieszkania do życia na wózku. Wiadomo, że to był problem. Nie wszędzie mogłem dosięgnąć, nie wszędzie podjechać. Ale nie chciałem nic zmieniać, bo traktowałem wózek jako tymczasowe narzędzie. By dostać się do domu, musiałem pokonać kilkanaście schodów. Często na tyłku, ciągnąc wózek za sobą. Ale w mieszkaniu nie zmieniłem nic, nie chciałem też niczyjej pomocy.

– Dziś wiem, że to było mało racjonalne, ale to był element złości i uporu. Za wszelką cenę chciałem udowodnić, że pokonam przeszkody. Chętnych do pomocy zawsze było wielu, ale korzystałem z niej tylko w skrajnych przypadkach.

W Polsce utarł się pogląd, że nasz kraj nie jest przyjazny dla niepełnosprawnych. Po pierwsze z powodu infrastruktury, po drugie z braku tolerancji i częstego wykluczenia społecznego. Jednak doświadczenia Cegielskiego temu przeczą.

– Infrastruktura się poprawia na przestrzeni lat. Ale ważniejsze jest coś innego. Trochę podróżowałem po świecie i mogę powiedzieć, że pod względem mentalnego podejścia polskie społeczeństwo jest daleko z przodu.

– Moja narzeczona grała w klubie francuskiej ekstraklasy koszykówki. Spędziłem z nią całą zimę. To, z czym tam się spotkałem, było nieprawdopodobne. Taka dyskryminacja i taka niechęć do osoby na wózku, że nie mogłem w to uwierzyć. We Francji pierwszy raz w życiu nie wpuszczono mnie na basen. Poszedłem z Justyną do ośrodka, który był sponsorem jej drużyny. Powiedzieli, że „pani może wejść, a pan nie”. Zasłaniali się regulaminem, wymyślali dziwne powody. Bo byłem na wózku.

– Z podobnym traktowaniem we Francji spotkałem się kilkukrotnie. Oni mają w sobie taką… bezczelność. Może niektórzy poczują się tym urażeni, ale to nie była jednostokowa sytuacja. W kraju, który uchodzi za tolerancyjny, gdzie jest taka mieszanka etniczna i gdzie znajduje się Trybunał Praw Człowieka. Miałem ochotę tam jechać i złożyć skargę na ten kraj.

– Polska jest tego przeciwieństwem. Gdziekolwiek się pojawiam: w kinie, teatrze, na basenie, ludzie mają serce na dłoni. Nawet, gdy obiekty nie są przystosowane do wózka, to nikt nie robi problemów. Od pomocy muszę się wręcz odganiać.

Krzysztofowi Cegielskiemu pomoc nie jest już potrzebna. Bez wózka jest w stanie pokonać kilometr, może trochę więcej. Na pierwszy spacer wybrał się na Błonia. Od uczucia przestrzeni zakręciło mu się w głowie. – To był ten moment, gdy poczułem satysfakcję, że ciężka praca dała efekty – przyznaje.

– Mam już zamówienia na moje wózki. To miłe, gdy ktoś mówi, że chętnie je odkupi, skoro ja ich nie potrzebuję. Ale to jeszcze nie ten moment. Na dłuższych dystansach się przydają. Nie wiem, czy kiedyś będą mi zupełnie zbędne. Staram się nad tym nie zastanawiać i dalej pracować nad sobą. Gdy wózki będą niepotrzebne, to po prostu je odrzucę.

– Wiem, że są osoby, które pracują jeszcze ciężej niż ja, oraz takie, które się poddają. To normalne, bo rehabilitacja po tego typu urazie jest żmudna i nudna. Efektów można nie odczuć nawet po kilku miesiącach, nie każdy wytrzymuje to mentalnie. Człowiek się zastanawia, po co to robić. Trzeba się poświęcić, ale nie w całości, bo można od tego oszaleć. Trzeba mieć odskocznię.

Dla Cegielskiego odskocznią był żużel. Przez dłuższy czas wilka ciągnęło do lasu, a więc na motocykl. Z pomocą teamu Janusza Kołodzieja Cegielski zaaranżował sobie przejażdżkę po torze. Nogi przywiązano mu do motocykla i w ten sposób mógł pokonać kilka okrążeń. Był szczęśliwy, ale później przyznał, że ochota na jazdę mu przeszła.

Przy żużlu pozostał jako menedżer zawodników, oraz komentator. Co charakterystyczne, nie wszyscy dawni koledzy z toru cieszą się, gdy Cegielski jest w pobliżu. Raczej go unikają. – Ale ja to rozumiem, bo żużlowiec nie może myśleć, co mu grozi na torze – przyznaje.

Dziś Krzysztof Cegielski ma nowy cel w życiu. 31 maja odbędzie się jego ślub z Justyną Żurowską. Żużlowiec zapowiedział, że na nim zatańczy. Bez wózka.

– Nie mam czasu pracować nad układem, bo ciągle do mnie dzwonicie po wywiad. Za karę dziennikarze powinni tańczyć za mnie. Żartuję oczywiście. Ślub coraz bliżej, czas zaczyna mnie gonić i muszę pomyśleć o pierwszym tańcu. Na pewno się przygotuję.

 

Źródło: http://eurosport.onet.pl/zuzel/krzysztof-cegielski-ludzie-w-polsce-maja-serce-na-dloni/gtf9v

Dodaj komentarz