Terapia dźwiękiem

1

Potrzebujesz relaksu, odpoczynku i rewitalizacji sił witalnych? Spróbuj masażu dźwiękiem. Wprowadzi twoje ciało w wibrację, uwolni od napięć, odpręży, zmobilizuje organizm do regeneracji.

Wykorzystywane do masażu dźwiękiem misy tybetańskie wykonane są z brązu. Stawia się je na ciele (najpierw z tyłu, potem z przodu) i uderza w nie pałeczkami, obitymi skórą lub filcem. Jedna misa na brzuchu, druga na klatce piersiowej, trzecia na stopie… Z każdej płynie inny dźwięk. Wibruje, uspokaja, leczy. Jeśli otworzysz się na niego, pozwolisz mu się dotknąć, może zaprowadzić cię daleko. Przynieść ukojenie.

Ten dotyk może być bardzo subtelny albo gwałtowny. Może nawet przypominać odkurzacz, który wysysa przykre emocje. – Nie sposób przewidzieć, jak dany człowiek zareaguje na masaż – mówi Kuba Korycki, jeden z pionierów masażu dźwiękiem w Polsce. – Czy będzie słyszeć głosy aniołów, czy też przechodzić męki, bo dźwięk dotrze do jakiegoś problemu, uwolni się ból. Odezwie się artretyzm. Albo wściekłość, niechęć do ludzi, żal…

Zrobić porządek

Kuba Korycki z żoną Moniką prowadzi na warszawskim Okęciu pierwsze w Polsce centrum masażu dźwiękiem. Jako pierwszy w Polsce używał zestawu mis planet (wydają dźwięki odpowiadające częstotliwościom planet Układu Słonecznego). Tak, Ziemia też ma swój dźwięk, został nawet nagrany przez NASA. – Używamy wielu mis – mówi Kuba Korycki – to daje nam większy bukiet dźwiękowy, którym możemy obmyć masowaną osobę. Ale jedną misą też można wykonać masaż, i wcale nie musi być słabszy w działaniu. Oczywiście, poszczególne misy są, przynajmniej częściowo, wyspecjalizowane. Wydają tony niskie, wysokie i średnie.

– Niektóre działają bardziej na poziomach subtelnych, inne wchodzą w głąb ciała – dodaje Monika Korycka. – Duże misy wykorzystuje się do dolnej części korpusu – są gruntujące, pozwalają zejść na Ziemię – podczas gdy średniej używa się do obszaru serca. Małe misy stawia się w obrębie głowy – działają na wysokich częstotliwościach. Czasami w kobiecych pismach widujemy zdjęcia pani w bikini z takimi miskami na stopach. To nieporozumienie, zwłaszcza że podczas sesji pozostaje się w ubraniu.

Sesja trwa zazwyczaj około 50 minut. I nie ma sensu jej przedłużać, bo ciało będzie za bardzo rozwibrowane, nie będzie się dobrze czuło. – Trzy kwadranse nasycą ciało dźwiękiem na cały tydzień – twierdzi Kuba Korycki. – Ten dźwięk może powrócić nieoczekiwanie po paru dniach, jak echo. Niektórzy mają po masażu intensywne sny, inni metaliczny posmak w ustach. Dobrze jest dużo pić, bo zostają poruszone nerki, uwalniają się toksyny. To delikatna metoda, ale działa potężnie. Do tego jest nieinwazyjna, trudno tu o jakąkolwiek manipulację. Podstawowy cel to pomóc masowanej osobie zrelaksować się. My tylko uderzamy w misy, a dźwięk sam zaprowadza porządek w ciele. Miliony fal przechodzą przez nie w poszukiwaniu dysharmonii, problemu. Kiedy znajdą, rozmasowują go. Chodzi o to, żeby ciało stało się przezroczyste dla dźwięku. Żeby wnikał przez stopy i wychodził swobodnie przez czubek głowy.

Wnieść życie

Uzdrawiająca moc niektórych dźwięków wynika… ze świętej geometrii. – Chodzi tu o częstotliwość harmoniczną, złoty podział – wyjaśnia Kuba Korycki. – Według tego podziału rozstawione są m.in. klawisze w fortepianie. Takie pakiety dźwiękowe uzyskujemy też, uderzając w misę. Również człowiek zbudowany jest według złotego podziału, i jeśli ta harmonia zostanie w nim zakłócona, może ją odzyskać poprzez kontakt z inną uporządkowaną formą. A najbardziej uporządkowane formy we wszechświecie to dźwięk, światło, kryształ – stąd terapia dźwiękiem, światłem, kamieniami szlachetnymi…

Masaż dźwiękiem może pomóc wszędzie tam, gdzie występuje stagnacja. Wniesie ruch, życie.

– Nie tyle „naprawiamy” drugą osobę, co pozwalamy jej uaktywnić własne mechanizmy samouzdrawiające – mówi Kuba Korycki. – O ile się zgodzi, bo czasem ludzie wolą być w centrum uwagi, zostawać w tym, co znają, być ofiarą.

zy można przyjść na masaż z określoną intencją? Kuba Korycki nie jest zwolennikiem tego rodzaju pracy. Twierdzi, że osoba poddawana masażowi może pod wpływem oczekiwań spiąć się, myśleć cały czas o problemie, z jakim przychodzi. A tu chodzi o relaks. Zostawienie za drzwiami wszystkich kłopotów – tego, co w domu, pracy. Jak najmniej intelektualizowania!

Po sesji też zwykle nie rozmawia się zbyt wiele. – Najczęściej nie ma potrzeby – wszyscy jesteśmy skąpani w tym dźwięku, więc czujemy się świetnie – zapewnia Korycki. – Czasami tylko zauważamy, że któraś misa brzmiała inaczej, i coś to może znaczyć. Jeśli występują zakłócenia w pracy jakiegoś narządu, misy mogą nie wydawać dźwięku. Albo brzmi on zupełnie inaczej – jakby ktoś nasypał do nich piasku czy opiłków metalu. Więc pytamy, czy wszystko w porządku z sercem, biodrem… Zazwyczaj osoba, która przed sesją nie chciała mówić o swoich dolegliwościach, przyznaje wtedy, że coś jest na rzeczy. Ale 90 proc. masaży kończy się tym, że pijemy zrelaksowani herbatę i żegnamy się. Przed wypuszczeniem klienta z domu sprawdzamy jeszcze, czy nie jest zbyt głęboko w tym relaksie, zwłaszcza jeśli ma prowadzić samochód.

Uspokoić umysł

Co prawda kapłani egipscy stosowali terapię dźwiękiem już cztery tysiące lat temu, ale metoda masażu misami tybetańskimi jest dużo młodsza. Wbrew polskiej nazwie, powstała na Zachodzie, zaledwie 20–30 lat temu. – Rozpowszechnienie mis zawdzięczamy hippisom, którzy na przełomie lat 60. i 70. wychodzili z nałogu narkotycznego i nie radzili sobie z hiperaktywnością umysłu, bieganiną myśli. Nie pomagały żadne asany, medytacje – opowiada Kuba Korycki. – Wtedy Yogi Bhajan, hinduski nauczyciel jogi kundalini, zaczął ujawniać dobroczynne działanie dźwięku harmonicznego. Okazało się, że to działa – ludzie dobrze reagują na ten dźwięk, umysł poddaje się. W Belgii zaczęto stosować te misy w szpitalach, jeszcze nie stawiając ich na ciele. Od samego grania pacjenci uspokajali się, szybciej wracali do zdrowia. Dziś masażyści z Nepalu i Indii uczą się tej metody od ludzi Zachodu. Jest szkoła angielska, niemiecka…

Masaż dźwiękiem nie polega bynajmniej na mechanicznym przechodzeniu od jednej części ciała do drugiej. – Oczywiście, na początku masażysta uczy się pewnego schematu – trzeba opanować alfabet, żeby tworzyć wyrazy i zdania. Potem można włączyć w to intuicję – w trakcie pracy decydować na przykład, w którym miejscu dłużej się zatrzymać – mówi Monika Korycka. – Czasem ktoś prowadzi nasze ręce, wszystko odbywa się niemal bez naszego udziału. A czasem przypomina to jazdę pod górkę, pod wiatr – nie możemy nic z tym dźwiękiem zrobić…

Masaż misami korzystnie wpływa na serce, emocje. Rozpuszcza napięcia, wzmacnia odporność, oczyszcza. W ograniczonym zakresie można wymasować samego siebie. – Na przykład nałożyć sobie misę na głowę i poczuć się niemal jak w katedrze Notre Dame – porównuje Kuba Korycki. – Albo wejść do misy… Taki masaż wykonuje się też w wodzie – jest wtedy o wiele mocniejszy. Bierze się to stąd, że prędkość rozchodzenia się dźwięku w wodzie jest około 4,5 razy większa. Bardzo ciekawe doświadczenie, całym kośćcem się to odbiera. Ciało wyposażone jest w kilkanaście stref dermofonicznych – bardziej wrażliwych na dźwięk niż pozostałe. Są to: kręgosłup, kość ogonowa, serce, dłonie i stopy. Na stopach i dłoniach jest cała mapa człowieka, więc pracując na nich, obejmujemy masażem całą osobę. Ze względu na możliwość pracy na aurze, masuje się osoby z oparzeniami ciała, a także po radio- i chemioterapii, czego nie praktykuje się przy innych terapiach manualnych. Tu można bez obaw dotknąć pacjenta za pomocą dźwięku.

W szpitalu i w przedszkolu

Kiedy sięgają po dźwięk, nigdy nie wiedzą, co się wydarzy. – Kiedyś podczas kąpieli w gongu dla 60-osobowej grupy po kilku uderzeniach w instrument organizatorka zaczęła wić się z bólu – wspomina Kuba Korycki. – Dźwięk dotknął jakiegoś jej problemu, mimo że tylko obserwowała wszystko z boku, nawet się nie położyła. Innym razem pewna pani zbliżyła się do gongu tak bardzo, że ledwo mogłem w niego uderzać. Miała na sobie kołnierz ortopedyczny, który po krótkiej sesji zwisał luźno na szyi. W ciągu 25 minut zeszła jej cała opuchlizna z odcinka szyjnego! Byłem też świadkiem, jak kobiecie, która od 18 lat cierpiała na zespół suchego oka, po paru dźwiękach wydobytych z mis japońskich typu zen, popłynęły łzy.

Misy tybetańskie to również świetne narzędzie do pracy z dziećmi autystycznymi albo z cierpiącymi na porażenie dziecięce. – Efekty są spektakularne – zapewnia Kuba Korycki. – Te dzieci potrafią pod wpływem dźwięku wspaniale się rozluźnić. Zaczynają rysować. Zdarzało nam się odnotowywać bardzo duży postęp w krótkim czasie, nawet po miesiącu. Oczywiście, z dziećmi pracuje się inaczej niż z dorosłymi. Szybko znudziłyby się, leżąc nieruchomo, więc wymyślamy różne zabawy. Można na przykład poprosić dziecko, żeby nam zrobiło masaż – na pewno bardzo się w to zaangażuje. Nasza znajoma chciała kiedyś zrobić masaż kilkuletniej wnuczce, która miała bardzo wysoką gorączkę. Dziewczynka odmówiła, ale poprosiła, żeby zostawić jej misy. Przez dwie godziny przelewała wodę z miski do miski – aż gorączka ustąpiła. Może potrzebowała wejść w kontakt z żywiołem wody… Świetnie na misy reagują zwierzęta, naszemu kotu taki masaż kilka razy uratował życie. Ponieważ koty funkcjonują na co dzień w stanie alfa, szybko poddają się temu dźwiękowi. Potrafią zwinąć się w misce, i tak się regenerować.

Przeciwwskazania? Niewiele. Zażywanie leków psychotropowych, uzależnienie od alkoholu. – Na wszelki wypadek pytamy też, czy dana osoba używa rozrusznika serca, bo przy dźwiękach harmonicznych często przestają działać sprzęty elektroniczne – kamery, telefony… Do ósmego miesiąca ciąży nie można stawiać misy na lędźwiach – wiąże się to z ryzykiem przedwczesnego porodu. Ale w Niemczech na przykład rozpowszechniła się praca tą metodą z kobietami w ciąży. W używaniu mis szkoli się położne, ale i przedszkolanki. Dość powiedzieć, że kontakt z dźwiękiem harmonicznym rozwija kreatywność. Są też hospicja, gdzie dźwięk pomaga przechodzić nieuleczalnie chorym na drugą stronę. Zresztą i w Polsce można już wejść z misami do szpitali.

Trafiły też do więzień – za sprawą Andrzeja Samka, jednego z szefów więziennictwa. – Wcześniej jeździł na polowania, miał sporą kolekcję strzelb. Kiedy zrozumiał dobroczynny wpływ dźwięku na psychikę, sprzedał strzelby, zainwestował własne pieniądze w sprzęt dla więźniów, zaczął robić kąpiele w dźwięku. Rezultaty były zaskakujące: mniejsza przemoc w więzieniu, większa liczba przedterminowych zwolnień, więcej zresocjalizowanych przestępców – opowiada historię kolegi Kuba Korycki. Na temat działalności Samka powstają nawet prace naukowe.

Każdemu jego dźwięk

Monika i Kuba Koryccy prowadzą regularne zajęcia na kilku uczelniach. Uczą masażu misami, gry na gongach, didgeridoo… Podczas swoich kursów wyjaśniają też, na czym polega granie w grupie, jak zagrać koncert, jak masować dzieci autystyczne, jak przeprowadzać ludzi na drugą stronę, energetyzować żywność, leki, wodę.

Wiedza, technika mają znaczenie na początku, potem ważniejsza jest intuicja. – Jeśli się nie zastanawiasz, tylko grasz, to działa – zapewnia Kuba Korycki. – Misa wydobywa z siebie wszystkie dźwięki i każdy bierze dla siebie inny, bo każdy z nas ma brak pewnych częstotliwości i nadmiar innych. Ciało wchłania więc to, czego potrzebuje, i karmi się tym. – Trzeba tylko pamiętać, żeby misy były podgrzane – dodaje Monika Korycka. – W przeciwnym razie ciało będzie zbyt spięte. A najważniejsze jest rozluźnienie.

Dodaj komentarz