Pochwała „osiołkowania”

1

Osioł zamiera w bezruchu i trwa obojętny jak kamień. Zdaje się na przepływ czasu. A czas to pieniądz, jak od dawna nam wmawiają, i dlatego osiołkowanie jest luksusem.

 

2Pamiętam czasy bez paszportu i gigantyczny wysiłek, jaki osoby nieuprzywilejowane musiały podjąć, by w ogóle gdzieś pojechać. Moje pierwsze pragnienie zgodne było z tym, o czym pisał Ryszard Kapuściński: chciałam przekroczyć jakąkolwiek granicę, w którąkolwiek stronę. Choćby do Czechosłowacji albo NRD. Gdy kilka miesięcy temu jechałam rowerem wzdłuż Bałtyku od Bansin do Świnoujścia, przypomniały mi się tamte lata, kiedy przez piękny sosnowy las biegła polsko-niemiecka granica, a taka swobodna przejażdżka była nie do pomyślenia. Dziś można sobie jeździć w tę i z powrotem, bo jedyna granica oddziela już tylko biedę od zamożności.

Przed laty na plaży w Świnoujściu znajdowałam plastikowe łyżeczki. Intrygowały mnie i ktoś dorosły powiedział mi, że marynarze piją z nich tran na statkach. Kiedy w końcu pojechałam na jednodniową, jakże ekscytującą, wycieczkę do Albecku, zobaczyłam te same łyżeczki w niemieckiej lodziarni i był to zapewne pierwszy w moim życiu dowód na to, że podróże kształcą. Pamięć ograniczeń wolności i ekonomiczny wysiłek, z jakim wiązały się moje pierwsze studenckie wyprawy, ukształtowały na długo mój stosunek do podróżowania. Każda podróż do niedawna wydawała mi się pewnego rodzaju zobowiązaniem. Długiem zaciągniętym u losu za to, że pozwala mi zobaczyć wszystkie te piękne miejsca. Podczas każdej wyprawy towarzyszyło mi uczucie, że muszę z niej jak najwięcej ”wyciągnąć” i ”odpracować” przywilej swobodnego poruszania się po świecie. Wykorzystać okazję, by nowe doświadczenia przetworzyć na opowieści, fotografie, materiały dla studentów, teksty, książki. Bezczynność nie wchodziła w grę, bo równoznaczna byłaby z gnuśnym nieróbstwem raczej niż wyrafinowanym lenistwem opisanym przez Bertranda Russella w słynnej jego pochwale. Nie mam tu na myśli ”zaliczania zabytków”, uczestnictwa w ”wycieczkach fakultatywnych” czy innych formach zorganizowanej turystyki, ale ciągłe wewnętrzne nastawienia na odbiór i przetwarzanie danych. W podróży przecież nie tylko obca rzeczywistość jest wyzwaniem, ale także nasze ”ja”, które pod jej wpływem ulega zadziwiającym przemianom. Dla takiej podróżniczki strasznym doświadczeniem byłoby znaleźć się w Nowym Jorku bez aparatu fotograficznego albo zgubić swój notes w lasach Hokkaido.

***
Dla tych, którzy w drodze wymagają od siebie raczej wysiłku niż wypoczynku, Tzvetan Todorov w ”On Human Diversity” stworzył przydatną klasyfikację. Wyróżnia kilka rodzajów podróżnika. Pierwsza trójka – turysta, misjonarz i biznesmen – jest nieinteresująca. Na drodze turysty, najnudniejszego w tym towarzystwie, nie ma niespodzianek, bo przyjeżdża do obcego kraju z gotowym obrazem ”malowniczej egzotyki i barwnych tubylców” i chce dostać dokładnie to, za co zapłacił. Turyście dużo uwagi poświęca Zygmunt Bauman, pisząc, że wróci on do domu z tym samym z grubsza obrazem, z którym przyjechał, bo nie po to wydaje pieniądze na podróż, by burzyć swoje wygodne wyobrażenia. Biznesmen na tyle tylko wychyla się ku inności, na ile może się to przydać do jego interesów. Misjonarz to podróżny w typie Stasia Tarkowskiego, który lokalne obyczaje uważa za niższą i gorszą wersję własnych.

***
Kolejny typ, egzotyk, pragnie wtopić się całkowicie w obcą kulturę i wierzy, że można. Jest rozkosznie naiwny. Pragnie być dokładnie tacy jak tubylcy, jeść jak oni, spać jak oni, najlepiej z tubylkami na sposób tubylczy. Czasem spotykam egzotyk w drodze. Egzotyk opowiada, jak to ”naprawdę jest” w dalekich krajach, a jest ”zupełnie inaczej” niż u nas. Dalej Todorov pisze o alegoryście, impresjoniście i outsiderze. Alegorysta jest zawsze tu i tam, bo patrząc na inną kulturę, stara się dzięki niej zrozumieć lepiej własną. Impresjonista to wyspecjalizowany turysta bez przewodnika, chodzi swoimi ścieżkami i tworzy subiektywne obrazy rzeczywistości. Outsider lubi być obcy i nie ma zamiaru udawać kogoś innego. Wszystkie te typy zakładają pewną aktywność podróżującego, a bycie ”tam” czynią zadaniem do wykonania. Wedle antropologii turystyki, prężnie rozwijającej się dyscypliny, turysta też nieustannie coś robi, czegoś chce i wymaga, a gdy najdzie go chęć na nicnierobienie, ma do dyspozycji krótki kurs medytacji.

Dopiero niedawno dostrzegłam obecność typu podróżnika, którego nie znalazłam w żadnej klasyfikacji. Jest to podróżnik osiołkujący. Każdy, kto miał okazję przyglądać się temu, niesłusznie uważanemu za głupie, zwierzęciu, będzie wiedział, na czym polega osiołkowanie. Osioł zamiera w bezruchu i trwa obojętny jak kamień. Zdaje się na przepływ czasu. A czas to pieniądz, jak od dawna nam wmawiają, i dlatego osiołkowanie jest luksusem. Może nawet budzić poczucie winy w tych, którzy uważają, że nie mają czasu do stracenia, że każdy moment podróży trzeba wykorzystać, bo też jest ona swoistego rodzaju pracą. W osiołkowaniu nie ma miejsca ani na fotografowanie, ani notowanie. Żadnych esemesów i sprawdzania poczty. Nie ma przymusu zachwycania się, przeżywania i doświadczania. Można osiołkować w dowolnym miejscu, choć najlepiej nadają się do tego porty, wiejskie gospody, kamienie przy górskich szlakach, schody rzadko uczęszczanych kościołów, puste place zabaw. Ćwiczenia w osiołkowaniu rozpocząć najlepiej gdzieś, gdzie nie ma nic dla zwykłego turysty i gdzie w związku z tym prawie nie ma turystów. Na przykład na wyspie Kassos, gdzie tonące we mgle wioski i znieruchomiałe, przypominające kłęby żółtej piany owce też sprawiają wrażenie osiołkujących. Trzeba po prostu zatrzymać się, dać się swobodnie ponieść rzece czasu.

***
Czytałam jakiś czas temu o badaniach przeprowadzonych przez psychologów z uniwersytetu Harvarda, profesorów Daniela Gilberta i Matthew A. Killingswortha. Wynika z nich, że człowiek jest istotą śniącą na jawie. Mimo iż taką skłonność umysłu Sigmund Freud uznawał za infantylną perwersję, nasz umysł ma skłonność do błądzenia myślami. Harvardzcy profesorowie policzyli, że w sprzyjających warunkach aż 47 proc. czasu na jawie poświęcone jest temu, co potocznie określa się jako myślenie o niebieskich migdałach. Te sprzyjające warunki to osiołkowanie. Jeśli napiszę, że dzieją się wówczas w głowie rzeczy niebywałe, będzie to sugestią jakiegoś konkretnego pożytku z osiołkowania, a powinno się traktować je autotelicznie. Poosiołkujmy więc sobie u schyłku tego lata.

Dodaj komentarz