Zwykłe skrzynki, a czynią cuda. Ludzie kupują kawę i słodycze bezdomnym

1

Na placu Dąbrowskiego od kilku dni stoi duży, biały pojemnik z zamykanymi na kłódkę szafkami. Na drzwiczkach każdej szafki wisi kartka z imieniem bezdomnego i listą rzeczy, których potrzebuje. „Mam na imię Zenek, na ulicy jestem 14 lat, dziękuję za każdy miły gest”, „Cześć i czołem, nazywam się Jakub, potrzebuję: jakieś dżinsy nr 41/42, cukier w saszetkach, mała kawa, skarpetki”. Każdy z nich sprawdza swoją szafkę nawet kilka razy dziennie. – Pierwszą rzeczą, jaką dostałem, była kawa. To jakbym dostał prezent urodzinowy – cieszy się pan Mirek – mieszkam w piwnicy, potrzebuję jeszcze śpiwora, no i namiot mi trochę przecieka, a wybieram się na pielgrzymkę do Fatimy.

W zamian chętnie pomogę w ogrodzie, mogę komuś pomalować mieszkanie – mówi pan Mirek – na szafce jest mój e-mail – zachęca. Przechodząca obok kobieta zatrzymuje się przy pojemniku na chwilę. – Ktoś prosi o telefon i zestaw startowy, to dziwne. Nie dałabym obcemu telefonu – uściśla i odchodzi.

Plecak, buty, a nawet telefon

Ktoś inny nie ma takich wątpliwości. Jeden z bezdomnych znalazł w swojej skrzynce telefon komórkowy. Inni dostali m.in. plecak turystyczny, śpiwór czy nowe buty. Bezdomni proszą o ubrania (na szafkach można sprawdzić, w jakim rozmiarze), słodycze, proszek do prania, MP3 – żeby uczyć się angielskiego i wyjechać do pracy do Norwegii.

Pani Marta przyniosła całą reklamówkę zakupów spożywczych. – Pojemnik zobaczyłam dzisiaj rano, codziennie chodzę tędy do pracy. Zaczęłam czytać i pomyślałam, że na kawę, herbatę i słodycze mogę sobie pozwolić – mówi z uśmiechem i wrzuca do szafek po czekoladzie.

Projekt Domni Bezdomni to pomysł Eugenii Wasylczenko, studentki Wydziału Sztuki Mediów ASP. Miała powstać instalacja i dokumentujące projekt filmy. Hasło przewodnie: „Każdy może wylądować na ulicy”. – To frazes, ale teraz jestem tego pewna – mówi Eugenia. – Zależało mi na rozpoczęciu oddolnej inicjatywy, która ma na celu wzmocnienie osób wykluczonych. Swoją pracę traktuję jako pewnego rodzaju prototyp nowej, elastycznej i przyjaznej instytucji bezpośrednio łączącej potrzebujących i gotowych do pomocy. Uważam, że jest to także ciekawy eksperyment w świecie, w którym pogłębiają się nierówności społeczne i sytuacja graniczenia przesytu ze skrajnym niedostatkiem jest coraz bardziej powszechna – mówi Eugenia i opowiada, jak się wszystko zaczęło.

– Żeby znaleźć bohaterów, uczestników projektu, najpierw poszłam do streetworkerów z Monaru. Ale bezdomni, których dzięki nim poznałam, nie byli zainteresowani moim pomysłem. W końcu trafiłam na Miodową, gdzie jest jadłodajnia prowadzona przez ojców kapucynów. Instynktownie podeszłam do pana Arka i pana Ireneusza, a oni poznali mnie z innymi – mówi. W trzy tygodnie udało się zachęcić dwanaście osób, które mają teraz swoje szafki na placu Dąbrowskiego – Tym ludziom brakuje praktycznie wszystkiego. Mają problemy z podstawowymi życiowymi kwestiami, o które muszą codziennie bardzo ciężko zabiegać, podczas gdy my, domni, mamy je w swoim życiu za pewnik – mówi Eugenia.

Poznaj pana Mirka i Monikę z Kowbojem

Pozwolenie na instalację ma ważność do końca miesiąca, ale Eugenia chce wnioskować do Zarządu Terenów Publicznych o jego przedłużenie o kolejne dwa miesiące, bo jak na razie instalacja się sprawdza. Projekt „polubiło” już na Facebooku ponad 800 osób, chcą zorganizować podobne pojemniki w innych miastach. Wrasta też zainteresowanie poszczególnymi „właścicielami” szafek. Dzięki zamieszczonym na stronie Domnibezdomni.pl filmikom można dowiedzieć się, jak mieszka Kowboj i Monika, i jak to jest mieć światło, a nie mieć prądu (opowiada pan Jerzy).

 

 

 

 

 

 

2

3

4

5

 

Źródło: http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,16308452,Zwykle_skrzynki__a_czynia_cuda__Ludzie_kupuja_kawe.html#LokWawTxt

Dodaj komentarz