Niewidomy Polak dopłynął na Grenlandię. Dariusz Borowiak od lat przekracza żeglarskie granice
Cztery tygodnie na północnych wodach, Morze Arktyczne, okolice Islandii, wyspa Jan Mayen i Grenlandia. Dla wielu osób taka wyprawa byłaby przygodą życia. Dariusz Borowiak traktuje ją jako kolejny etap swojej wieloletniej żeglarskiej drogi. Pochodzący z Koła żeglarz jest osobą niewidomą, ale od 2012 roku ponownie regularnie wychodzi w morze jako pełnoprawny członek załogi. Kilka dni po powrocie z najnowszej wyprawy opowiedział o swojej pasji w Dzień Dobry Wakacje.
Jego historia nie zaczęła się jednak od pokonywania ograniczeń. Zaczęła się znacznie wcześniej – od dziecięcej fascynacji żaglami. Borowiak wszedł do żeglarskiego świata jako ośmiolatek, a w 1987 roku zdobył uprawnienia żeglarza jachtowego. Później postępująca choroba wzroku sprawiła, że musiał nauczyć się funkcjonować w zupełnie nowych warunkach. Żeglarstwa jednak nie porzucił.
– To jest pasja, to jest to, co człowiek kocha.
Żeglarstwo poznał od podstaw
Dariusz Borowiak pochodzi z Koła w Wielkopolsce. Jako dziecko trafił do działającej tam drużyny żeglarsko-harcerskiej. Zanim w ogóle stanął na pokładzie jachtu, przez ponad rok poznawał prace bosmańskie i podstawy żeglarskiego rzemiosła. Dopiero później przyszło praktyczne pływanie i kolejne doświadczenia.
Ten sposób zdobywania umiejętności okazał się szczególnie ważny wiele lat później. Kiedy wzrok zaczął się pogarszać, Borowiak miał już głęboko zakorzenioną znajomość żeglarstwa, zasad pracy załogi i topografii jednostki.
Przyczyną utraty wzroku było zwyrodnienie barwnikowe siatkówki. Zamiast całkowicie zrezygnować z aktywnego życia, musiał stopniowo dostosować codzienność do nowej sytuacji. W rozmowie z Dzień Dobry TVN mówił o tym bez patosu.
– Nie można tego przeżywać, tylko trzeba zaadaptować się do nowej sytuacji.
W 2012 roku wrócił do regularnego żeglowania. Od tego czasu bierze udział w wyprawach po wodach Polski, Europy i odległych części świata.
Przylądek Horn był przełomem
Jednym z najważniejszych momentów jego żeglarskiej historii był 2018 rok.
Dariusz Borowiak wraz z Justyną Kucińską znalazł się w załodze jachtu „Selma Expeditions”, który wyruszył z Ushuaia w kierunku Przylądka Horn. 15 maja załoga pokonała jeden z najbardziej legendarnych i wymagających akwenów świata. Borowiak został pierwszym niewidomym Polakiem, który tego dokonał.
Żeglarze uczestniczyli w projekcie „Zobaczyć Horn”, będącym efektem współpracy Fundacji Zobaczyć Morze i Śląskiego Yacht Clubu. Celem przedsięwzięcia było nie tylko samo dotarcie do Hornu, lecz również pokazanie, że osoby z dysfunkcją wzroku mogą brać udział w wymagających wyprawach morskich jako rzeczywiści członkowie załogi.
Borowiak nie potraktował sukcesu jako zwieńczenia swojej żeglarskiej przygody. Był to raczej punkt wyjścia do kolejnych wypraw.
21 dni na Atlantyku i pięć dób sztormu
Kilka lat później jako członek pięcioosobowej załogi jachtu „Sifu of Avon” popłynął z Fuerteventury na Wyspach Kanaryjskich do Amsterdamu.
Załoga spędziła 21 dób bez przerwy na otwartym Atlantyku, w pewnym momencie około 500 mil morskich od brzegu. Przez pięć dni mierzyła się ze sztormem, a podczas nocnego przejścia przez kanał La Manche wiatr osiągał siłę 10 stopni w skali Beauforta. Mimo trudnych warunków i problemów technicznych rejs zakończył się powodzeniem.
Te doświadczenia pokazują ważną rzecz: Borowiak nie uczestniczy wyłącznie w spokojnych, symbolicznych rejsach organizowanych specjalnie dla osób z niepełnosprawnościami. Bierze udział również w wyprawach, które wymagają odporności, dyscypliny i pracy na równi z pozostałymi członkami załogi.
Potem obrał kurs na północ
W 2022 roku, w dziesiątą rocznicę powrotu do żeglowania po utracie wzroku, Borowiak skierował się w przeciwną stronę świata niż podczas wyprawy na Horn.
Popłynął z Bodø do Tromsø przez Lofoty i norweskie fiordy, docierając w rejon północnego koła podbiegunowego. Rejs połączony był również z trekkingiem i wymagał wcześniejszego przygotowania fizycznego oraz specjalistycznego wyposażenia.
Rok później wyruszył dalej na północny wschód Norwegii. Trasa z Tromsø do Kirkenes prowadziła między innymi przez okolice Nordkapp – jednego z najbardziej charakterystycznych punktów północnej Europy.
W 2024 roku przepłynął natomiast około 640 mil morskich ze Svalbardu do Tromsø, docierając na 78. równoleżnik, w rejon Spitsbergenu.
Najnowszy rejs zaprowadził go aż na Grenlandię
Latem 2026 roku pojawiło się kolejne wyzwanie.
Borowiak spędził cztery tygodnie na wodach Morza Arktycznego i w rejonie Islandii. Na trasie znalazła się między innymi odizolowana wulkaniczna wyspa Jan Mayen oraz Grenlandia. Informację o zakończeniu wyprawy opublikował 14 sierpnia oficjalny portal miasta Koła. Pięć dni później żeglarz wystąpił w Dzień Dobry Wakacje.
Jego dotychczasowa żeglarska mapa obejmuje także Bałtyk, Morze Śródziemne, norweskie fiordy, wody Arktyki oraz polskie rzeki. Brał również udział w rejsie Odrą z Gliwic do Szczecina razem z podopiecznymi Warsztatów Terapii Zajęciowej TĘCZA.
Co ciekawe, podczas dalekich podróży zabiera ze sobą również symbol rodzinnego miasta. Według władz Koła fotografował się z miejską flagą m.in. w Tallinie, Nicei, Genui, a ostatnio także na Grenlandii.
Jak niewidomy żeglarz radzi sobie na jachcie?
Dla osoby, która nigdy nie pływała, naturalne może być pytanie, w jaki sposób niewidomy członek załogi funkcjonuje na morzu.
W przypadku Borowiaka ogromne znaczenie ma wieloletnie doświadczenie. Żeglarstwo poznał jeszcze jako dziecko, a wraz z kolejnymi wyprawami nauczył się dostosowywać sposób wykonywania obowiązków do swoich możliwości.
Na jachcie wiele czynności wykonuje się przecież nie tylko wzrokiem. Liczą się także dotyk, pamięć przestrzenna, słuch, wyczuwanie ruchu jednostki, znajomość położenia wyposażenia oraz komunikacja z pozostałymi członkami załogi.
Sam Borowiak podkreśla, że nie traktuje morza wyłącznie jako miejsca kolejnych wyczynów. Rejs jest dla niego również sposobem na regenerację i oderwanie się od codzienności.
Żona początkowo się martwiła
Dalekie wyprawy oznaczają oczywiście także emocje po stronie rodziny.
Małgorzata Borowiak przyznała w programie Dzień Dobry Wakacje, że kiedy mąż ponownie zaczął żeglować, zastanawiała się, jak poradzi sobie na morzu. Kolejne bezpiecznie zakończone rejsy i rosnące doświadczenie sprawiły jednak, że z czasem jej obawy zaczęły ustępować.
Dziś widzi przede wszystkim, jak istotna jest dla niego ta aktywność.
W tym miejscu historia Borowiaka wychodzi poza samo żeglarstwo. Pasja nie pełni w jego życiu funkcji dodatku czy okazjonalnej rozrywki. Jest czymś, co pomaga zachować samodzielność, aktywność i poczucie uczestniczenia w świecie na własnych zasadach.
Nie chce być tylko pasażerem
Jednym z najciekawszych aspektów jego historii jest sposób, w jaki mówi o osobach z niepełnosprawnościami.
Borowiak od lat podkreśla, że zależy mu na pokazywaniu, iż mogą one posiadać ambitne cele i zdobywać doświadczenia na równi z innymi. W swoich wcześniejszych wypowiedziach przedstawiał siebie jako reprezentanta środowiska osób z dysfunkcją wzroku podczas wymagających wypraw.
Nie chodzi więc o udowadnianie, że niepełnosprawność nie istnieje. Sam mówi o konieczności adaptowania się do zmienionej sytuacji. Różnica polega na tym, by ograniczenie jednego zmysłu nie decydowało automatycznie o rezygnacji ze wszystkich wcześniejszych planów.
Jego własna droga dobrze to pokazuje.
Najpierw był ośmiolatkiem uczącym się prac bosmańskich. Potem zdobył uprawnienia żeglarskie. Następnie stracił wzrok i musiał przebudować swoją codzienność. Wreszcie wrócił na morze – i popłynął znacznie dalej niż wcześniej.
Od tego czasu były Atlantyk, Horn, Lofoty, Nordkapp, Svalbard, Morze Arktyczne, Jan Mayen i Grenlandia.
Najnowszy rejs zakończył zaledwie kilka dni temu. Patrząc jednak na kilkanaście lat jego wypraw, trudno zakładać, że Grenlandia będzie ostatnim punktem na żeglarskiej mapie Dariusza Borowiaka.

