Mieszkają w zabytkowej rezydencji za cenę zwykłego domu. Wspólnie mają 15 akrów ziemi
Własne mieszkanie z osobnym wejściem, a za drzwiami ogromna zabytkowa rezydencja, ogród, las, jezioro, grządki i sąsiedzi, których naprawdę się zna. W walijskim Dôl-Llys Hall od ponad trzech dekad funkcjonuje nietypowa wspólnota mieszkaniowa pokazująca, że pomiędzy tradycyjnym domem jednorodzinnym a wspólnym mieszkaniem istnieje jeszcze trzecia możliwość.
Położona na obrzeżach Llanidloes w środkowej Walii rezydencja z początku XIX wieku została podzielona na siedem samodzielnych mieszkań. Ich lokatorzy zachowują prywatność, ale wspólnie korzystają z niemal 15 akrów terenu, pomieszczeń rekreacyjnych, pralni, systemu ogrzewania, ogrodów, szklarni, warsztatu i innych elementów rozległej posiadłości.
Najciekawsze jest jednak to, że nie jest to luksusowy hotel ani ekskluzywna inwestycja dla milionerów. Dôl-Llys działa jako spółdzielnia mieszkaniowa, a udział dający prawo do zamieszkania w samodzielnym dwu- lub trzypokojowym lokalu oferowano ostatnio za 230 tys. funtów – kwotę porównywalną z ceną zwykłego domu w tej części Walii.
Każdy ma własne drzwi, ale nikt nie zostaje całkiem sam
Model funkcjonujący w Dôl-Llys określa się jako cohousing. Nie jest to komuna, w której mieszkańcy dzielą wszystkie pomieszczenia i większość codziennego życia.
Każde gospodarstwo ma własne, samodzielne mieszkanie i własne drzwi wejściowe. Wspólne są natomiast m.in. dwa duże pokoje, pomieszczenie dla gości, pralnia, część wyposażenia, ogród, grunty uprawne i znaczna część infrastruktury.
Louise Robinson, jedna z mieszkanek, tłumaczyła BBC, że właśnie połączenie prywatności ze wspólnotą przekonało ją do przeprowadzki.
– To trochę jak gotowa wiejska społeczność, w której ludzie po prostu sobie pomagają.
Wcześniej mieszkała w Londynie. Gdy straciła pracę w branży ubezpieczeniowej, zaczęła częściej spędzać czas na wsi i doszła do wniosku, że chciałaby zamieszkać poza dużym miastem.
Problem był bardzo współczesny: przeprowadzka samotnej osoby do niewielkiej miejscowości mogła oznaczać życie w pięknym otoczeniu, ale bez znajomych i lokalnej sieci wsparcia.
Dôl-Llys dawało jej jedno i drugie.


Rezydencja ma ponad 200 lat
Historia samego budynku jest znacznie dłuższa niż historia wspólnoty.
Obecny Dôl-Llys Hall został wzniesiony w latach 1808–1813. Walijska służba ochrony zabytków Cadw klasyfikuje budynek jako zabytek Grade II*, czyli obiekt o szczególnie dużym znaczeniu. Rezydencję otaczają rozległe zadrzewione tereny z jeziorem.
Przez kolejne dwa stulecia budynek pełnił wiele funkcji.
Był prywatną rezydencją, podczas II wojny światowej służył jako szkoła dla ewakuowanych chłopców, a później przez dziesięciolecia mieścił prowadzony przez samorząd dom dla osób starszych.
Nowy rozdział rozpoczął się w 1992 roku, kiedy powstała spółdzielnia mieszkaniowa Dôl-Llys.
Od tamtej pory zamiast jednego właściciela ogromnego domu funkcjonuje tu grupa mieszkańców współodpowiedzialnych za całą nieruchomość.
To rozwiązanie przetrwało już ponad trzy dekady.


Udział kosztuje 230 tys. funtów
Mechanizm własności jest nietypowy.
Mieszkaniec może zostać udziałowcem Dôl Llys Housing Ltd. Udział obejmuje część całej posiadłości – budynku, wspólnych pomieszczeń, ogrodów, działek uprawnych i lasu – a jednocześnie daje prawo do dożywotniego korzystania z konkretnego, samodzielnego mieszkania. Funkcjonuje także jeden lokal wynajmowany.
Na stronie społeczności dwa udziały oferowano za 230 tys. funtów każdy. Dotyczyły prawa do mieszkania z dwiema lub trzema sypialniami oraz udziału w całym majątku spółdzielni.
BBC porównało tę kwotę z ofertami w pobliskim Llanidloes. Ceny dwu- i trzypokojowych nieruchomości w mieście rozciągały się od około 110 tys. do ponad 250 tys. funtów.
Za cenę porównywalną z typowym lokalnym domem mieszkaniec Dôl-Llys nie otrzymuje więc na wyłączność całej rezydencji, ale zyskuje dostęp do przestrzeni, które przy indywidualnym zakupie byłyby praktycznie nieosiągalne.
Są tam ogród, pole, jezioro, szklarnie, grządki oraz około ośmiu akrów lasu.


Jest taniej, ale część ceny płaci się własną pracą
Nie jest to jednak sposób życia polegający wyłącznie na korzystaniu z ogromnej posiadłości.
Mieszkańcy sami odpowiadają za znaczną część jej utrzymania.
Każdy powinien poświęcić co miesiąc co najmniej jeden dzień na wspólne prace. Dochodzi do tego pół dnia pracy w ogrodzie i pół dnia przy przygotowywaniu drewna wykorzystywanego jako paliwo.
Zakres obowiązków jest bardzo szeroki.
Trzeba sprzątać wspólne pomieszczenia, segregować odpady, opiekować się kurami, pielęgnować ogród, naprawiać ścieżki i ogrodzenia, pracować w szklarniach czy przygotowywać opał. Większe projekty, jak malowanie budynku albo remont podjazdu, wykonuje wspólnie cała grupa.
Nowi mieszkańcy nie muszą przy tym wcześniej umieć obsługiwać wszystkich narzędzi.
Louise wspominała BBC, że po przeprowadzce sama nauczyła się rzeczy, których wcześniej, mieszkając w Londynie, nawet nie brała pod uwagę.
Ten system ma dwa skutki.
Po pierwsze obniża koszty utrzymania dużej nieruchomości. Po drugie powoduje, że sąsiedzi regularnie razem pracują i nie stają się dla siebie anonimowymi osobami mijanymi wyłącznie na korytarzu.


Wspólnie zdecydowali nawet o panelach słonecznych
Ekologia jest jednym z elementów filozofii Dôl-Llys.
W budynku funkcjonuje wspólny system ogrzewania wykorzystujący paliwo drzewne, a część energii elektrycznej zapewniają panele fotowoltaiczne. Mieszkańcy płacą za zużycie energii, ale inwestycje dotyczące całej nieruchomości podejmują wspólnie.
Właśnie instalacja paneli słonecznych była jednym z projektów, które musiały przejść przez charakterystyczny dla Dôl-Llys proces decyzyjny.
Zasadą jest konsensus.
Nie wystarczy więc, że większość przegłosuje mniejszość. Grupa próbuje znaleźć rozwiązanie, które będzie możliwe do zaakceptowania przez wszystkich.
Ma to swoje zalety, ale nie zawsze jest łatwe.
Jenny Kincova, która po dziewięciu latach zdecydowała się wyprowadzić do pobliskiego Llanidloes, przyznała BBC, że z czasem zaczęła odczuwać zmęczenie „emocjonalną energią”, jakiej wymaga ciągłe wspólne podejmowanie decyzji i dbanie o funkcjonowanie grupy. Jednocześnie podkreśliła, że nie chce tracić kontaktu ze społecznością.
To ważny element tej historii.
Cohousing nie jest utopią pozbawioną wad. Wymaga cierpliwości, kompromisów i zaangażowania.


Warzywa, kury, pszczoły i własny las
Codzienność w Dôl-Llys mocno różni się od życia w typowym bloku.
Mieszkańcy uprawiają warzywa, korzystają ze szklarni i działek, hodują kury i pszczoły oraz pozyskują drewno z własnego terenu. Oficjalna strona społeczności wymienia również warsztat, letni domek i wspólną przestrzeń magazynową.
Według aktualnych informacji mieszka tam dziesięcioro dorosłych i dwoje dzieci. Towarzyszą im dwa psy, sześć kotów, czternaście kur i – jak żartobliwie wyliczają sami mieszkańcy – kilkaset tysięcy pszczół.
Mieszkańcy nie próbują przy tym całkowicie odcinać się od świata.
Część z nich pracuje poza posiadłością. Są wśród nich osoby związane ze służbą zdrowia, edukacją i sektorem publicznym. Jedna z mieszkanek dojeżdża do pracy około 40 minut.
Dôl-Llys jest więc bardziej wspólnym sposobem organizowania domu niż samowystarczalną osadą żyjącą poza współczesnym społeczeństwem.


Z posiadłości korzystają również sąsiedzi
Wspólnota stara się, żeby rozległy teren nie służył wyłącznie jej mieszkańcom.
Część działek udostępniana jest lokalnym osobom bez opłat w zamian za pomoc podczas dni wspólnej pracy. Organizowane są dni otwarte, spotkania i wydarzenia, a wspólne pomieszczenia mogą być wykorzystywane przez lokalne grupy, np. podczas zajęć jogi.
Mieszkańcy udostępnili nawet kiedyś rezydencję znajomym bezpłatnie jako miejsce ślubu.
Do Dôl-Llys przyjeżdżają również wolontariusze organizacji WWOOF. W zamian za zakwaterowanie i wyżywienie pomagają w pracach na terenie posiadłości i zdobywają praktyczne umiejętności związane z uprawą oraz utrzymaniem terenu.
Wspólnota przypomina więc momentami niewielką wioskę działającą wewnątrz jednej posesji.
Cohousing staje się coraz popularniejszy
Dôl-Llys nie jest jedynym takim miejscem w Wielkiej Brytanii.
UK Cohousing Network prowadzi katalog funkcjonujących i powstających projektów w całym kraju. Są wśród nich zarówno odrestaurowane starsze budynki, jak i specjalnie projektowane nowe osiedla. Sama organizacja określa cohousing jako społeczności tworzone i prowadzone przez mieszkańców, których członkowie mają prywatne domy, ale świadomie dzielą przestrzenie oraz część codziennych obowiązków.
Pomysł narodził się w Danii w latach 60. XX wieku, a później rozprzestrzenił się m.in. w Skandynawii, Niemczech, USA i Wielkiej Brytanii. Brytyjska sieć wskazuje, że rozwijanych jest obecnie ponad 65 nowych projektów tego rodzaju.
Zainteresowanie nie dziwi.
W czasach wysokich cen nieruchomości, rosnących kosztów utrzymania domów i coraz częściej dyskutowanego problemu samotności model pozwalający zachować prywatność, a jednocześnie dzielić kosztowne zasoby, może być interesującą alternatywą.
Nie trzeba wygrać na loterii, ale trzeba polubić sąsiadów
Dôl-Llys Hall nie jest rozwiązaniem dla wszystkich.
Kupujący nie staje się właścicielem wielkiej rezydencji, którym może zarządzać wyłącznie według własnych zasad. Trzeba zaakceptować wspólne obowiązki, regularne spotkania, podejmowanie decyzji przez konsensus i odpowiedzialność za kilkusetletni budynek.
Dlatego kandydaci nie mogą po prostu wpłacić pieniędzy i odebrać kluczy.
Proces przyjęcia obejmuje kilka wizyt, dzięki którym zarówno przyszły mieszkaniec, jak i obecni członkowie społeczności mogą sprawdzić, czy taki sposób życia rzeczywiście im odpowiada.
W zamian otrzymuje się jednak coś, czego typowa oferta nieruchomości nie zawiera.
Nie tylko własne mieszkanie, ale również wielki salon, ogród, las, jezioro i grządki. Do tego ludzi, którzy podczas awarii albo większej pracy nie pytają wyłącznie, kto powinien się tym zająć, ale – jak opisuje Louise – raczej: co możemy zrobić?
Źródła:
Dôl-Llys Hall – oficjalna strona wspólnoty




