Cztery telefony w trzy minuty. Jak dyrektor szkoły w Nepalu uratował 1643 dzieci przed powodzią
W środę, 26 sierpnia 2026 roku, w dolinie rzeki Triśuli w Nepalu doszło do katastrofy – zawalenie się lodowca w pobliżu granicy z Tybetem wywołało gwałtowną powódź błyskawiczną, która w kilkanaście minut zmieniła bieg rzeki i pochłonęła całe wsie. Pośród tego dramatu rozegrała się jednak historia, która pokazuje, ile potrafi zdziałać jedna trzeźwo myśląca osoba – dyrektor szkoły Tribhuvan Trishuli Secondary School w dystrykcie Nuwakot, 47-letni Rajendra Dawadi, uratował życie wszystkim 1643 uczniom swojej placówki.
Wszystko zaczęło się około godziny 9:10, gdy w ciągu zaledwie trzech minut Dawadi otrzymał cztery niezależne ostrzeżenia. Najpierw zadzwonił przerażony znajomy z sąsiedniego Rasuwa: „Powódź zmiotła wioskę. Uciekaj. Wynoś się stamtąd!”. Chwilę później jeden z nauczycieli przekazał plotki o powodzi płynącej z górnego biegu rzeki, a do bramy szkoły podbiegła zaniepokojona matka, szukająca swojej córki i ostrzegająca: „Do Triśuli nadciąga ogromna powódź”. Dawadi nie miał czasu na weryfikację tych informacji – musiał podjąć decyzję natychmiast. Jak sam później wspominał: „Pomyślałem, że nawet jeśli ta informacja byłaby fałszywa, stracilibyśmy tylko jeden dzień nauki. Ale gdyby okazała się prawdziwa, moglibyśmy stracić setki istnień”.
Uderzył w szkolny dzwonek i nakazał nauczycielom natychmiastową ewakuację. W budynku przebywało wtedy około 900 dzieci, a kolejnych blisko 700, które dopiero zdążały do szkoły pieszo lub autobusami, trzeba było zawrócić. Dawadi osobiście dodzwonił się do kierowców autobusów. Jeden z pojazdów zdążył już przejechać przez nowy most, gdy dotarło do niego jego wezwanie – kierowca natychmiast zawrócił, a zaledwie chwilę później stary most, oddalony o 70 metrów, został zerwany przez wezbraną wodę.
Dzieci ewakuowano na górę, z dala od rzeki. Jedna z dziewczynek dostała ataku paniki i została przewieziona wyżej na motocyklu, reszta uczniów szła pieszo razem z dyrektorem, aż w końcu schronili się pod drzewem bodhi, w bezpiecznej odległości od wody. Budynek szkoły, trzykondygnacyjny, betonowy, stał na wzniesieniu kilkadziesiąt metrów nad korytem rzeki – a mimo to woda sięgnęła znacznie wyżej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć. „Zastanawiałem się, jak powódź mogłaby w ogóle sięgnąć tak wysoko. Ale zanim się zorientowaliśmy, szkoła stała się korytem rzeki” – opisywał później Dawadi.
Dzięki jego szybkiej decyzji, wszystkie 1643 dzieci przeżyły. Niestety, powódź zabrała dwoje pracowników szkoły, którzy po ogłoszeniu ewakuacji wrócili w stronę rzeki – nauczyciela historii i nauk społecznych Santosa Pariyara (32 lata) oraz szkolnego woźnego Sultana Lamę. Dawadi do dziś nosi w sobie ciężar tej straty: „Powiedziałem wszystkim, żeby uciekali. Nie wiem, jak to się stało, że się rozdzielili. Ta myśl zżera mnie od środka.”
Sam budynek szkoły – w tym osiemnastosalowy gmach wybudowany przy wsparciu rządu Indii oraz budynek szkoły podstawowej – został doszczętnie zniszczony przez wodę, podobnie zresztą jak dom samego dyrektora. Mimo osobistej straty Dawadi mówi przede wszystkim o szkole: „Bardziej boli mnie utrata szkoły niż utrata własnego domu.” Zapytany później, czy uważa się za bohatera, odpowiedział ze skromnością: „A co innego mogłem zrobić?”
Skala katastrofy w dolinie Triśuli pozostaje ogromna – według najnowszych danych w Nepalu zginęło ponad 700 osób, a blisko 2500 wciąż jest uznawanych za zaginione, do akcji ratunkowej włączyły się już zespoły z Indii i Chin, pomagające uwolnić robotników uwięzionych w tunelach elektrowni wodnych. W tym kontekście decyzja jednego dyrektora szkoły, który w ciągu kilku minut postawił na ostrożność zamiast na jeden dzień nauki, ocaliła 1643 istnienia – i przypomina, że nawet w obliczu żywiołu można zmienić bieg wydarzeń, jeśli tylko ktoś zdecyduje się działać.
Źródłoa: Khaleej Times, The Business Standard,




