73-latek przytula wcześniaki. Każdemu mówi sześć wyjątkowych słów

73-latek przytula wcześniaki i ciężko chore noworodki na oddziale intensywnej terapii w Children’s Hospital of Richmond at VCU. Dave Whitlow nie jest lekarzem ani pielęgniarzem. Jest wolontariuszem, który dwa razy w tygodniu pojawia się w szpitalu, by dawać najmniejszym pacjentom spokój, ciepło i poczucie bliskości. Od ośmiu lat zaopiekował się już ponad 500 dziećmi.

Każdą wizytę rozpoczyna podobnie. Zostawia telefon poza oddziałem, zakłada ochronny fartuch i rękawiczki, a następnie rozmawia z pielęgniarką odpowiedzialną za konkretnego pacjenta. Pyta o stan dziecka, prowadzone leczenie oraz o wszystko, na co powinien zwrócić szczególną uwagę. Dopiero później bierze noworodka na ręce.

– Chcę po prostu z nimi być – mówi Dave Whitlow.

W czasie jednej wizyty zwykle opiekuje się pięciorgiem lub sześciorgiem dzieci. W bardziej pracowite dni przytula nawet ośmioro małych pacjentów. Niektóre z nich ważą mniej niż dwa funty, czyli około 900 gramów, i są otoczone aparaturą wspierającą ich jeszcze niedojrzałe organizmy.

Na początku sam bardzo się bał

Whitlow przez 43 lata pracował jako menedżer w administracji samorządowej. Po przejściu na emeryturę w 2017 roku szukał sposobu, by nadal robić coś wartościowego dla innych. Wyprowadzał psy w schronisku, pomagał w aptece przy bezpłatnej przychodni i angażował się w działalność banku żywności. Wszystkie te zajęcia miały sens, lecz żadne nie dawało mu poczucia, że naprawdę znalazł swoje miejsce.

Do szpitala dziecięcego trafił początkowo jako wolontariusz rozdający książki. Później zaczął uspokajać niemowlęta z objawami noworodkowego zespołu abstynencyjnego, które w okresie prenatalnym były narażone na działanie substancji psychoaktywnych. Po kilku miesiącach dołączył do zespołu oddziału intensywnej terapii noworodków.

Był ojcem dwojga dorosłych już dzieci i dziadkiem trojga wnuków, ale widok skrajnie małych wcześniaków podłączonych do przewodów oraz monitorów początkowo budził w nim ogromny niepokój.

– Byłem śmiertelnie przerażony. Miałem wcześniej na rękach dzieci – mamy dwoje własnych, dziś już dorosłych – i potrafiłem opiekować się niemowlętami – wspominał.

Z czasem poznał zasady obowiązujące na oddziale i nauczył się obserwować podstawowe parametry widoczne na monitorach. Wie, że czasem wystarczy delikatnie zmienić ułożenie dziecka, ale nie podejmuje samodzielnych decyzji medycznych. Wszystko konsultuje z personelem, który może natychmiast zareagować w razie potrzeby.

Godzina spokojnego kołysania

Wyjęcie wcześniaka z łóżeczka lub inkubatora może wymagać odpowiedniego przygotowania przewodów i aparatury. Z tego powodu, gdy pielęgniarka przekazuje dziecko Whitlowowi, wolontariusz często pozostaje z nim przez godzinę albo jeszcze dłużej. Spokojnie je kołysze, mówi do niego lub pozwala mu zasnąć w swoich ramionach.

Nie każde dziecko może opuścić inkubator. W takiej sytuacji Dave stoi obok, delikatnie trzyma noworodka za dłoń, głaszcze go po czole i rozmawia z nim cichym głosem. Obserwuje reakcje małego pacjenta i dostosowuje swoje zachowanie do jego potrzeb.

Czasami pyta dzieci, czy chcą jeszcze czuwać, czy są już gotowe do snu. Opowiada im, jak dobrze sobie radzą, albo zastanawia się na głos, kim zostaną, gdy dorosną. Jeśli zauważy, że powieki zaczynają im ciążyć, uspokaja je delikatnym kołysaniem.

Personel nadał mu przydomek zaklinacza dzieci. Whitlow nie uważa jednak, by posiadał wyjątkowy dar. Jego zdaniem najważniejsze jest cierpliwe poznawanie każdego noworodka i sprawdzanie, co pomaga mu poczuć się bezpiecznie.

Pielęgniarki wiedzą, że mogą na nim polegać

Obecność wolontariusza pomaga nie tylko dzieciom. Kiedy Dave uspokaja niespokojnego pacjenta, pielęgniarki mogą poświęcić więcej uwagi zabiegom i innym obowiązkom, mając pewność, że maluch otrzymuje potrzebną mu bliskość.

– Pielęgniarki oddychają z ulgą, kiedy przychodzi Dave. Wiedzą, że poradzi sobie nawet z najbardziej marudnym dzieckiem, dzięki czemu mogą skupić się na swoich zadaniach, a niemowlę nadal otrzymuje potrzebne wsparcie rozwojowe i ukojenie – powiedziała Elizabeth, pielęgniarka pracująca między innymi na oddziale intensywnej terapii noworodków.

W dni, w których wykonywane są badania okulistyczne, Whitlow towarzyszy lekarzowi przemieszczającemu się między salami i pomaga uspokajać dzieci. Zna również pory karmienia, dlatego odwiedza pacjentów czekających na swoją kolej. Innym razem czyta im książki albo bawi się z tymi, których stan pozwala już na większą aktywność.

Jego spokojna obecność jest wsparciem także dla rodziców. Pobyt dziecka na intensywnej terapii często trwa tygodniami lub miesiącami, a rodziny funkcjonują w warunkach ciągłego zmęczenia i niepewności. Whitlow nie rozmawia z nimi o leczeniu, ponieważ pozostawia to specjalistom. Może jednak na chwilę zostać przy dziecku i dać jego bliskim czas na odpoczynek.

– Nikt nie spodziewa się, że znajdzie się na oddziale intensywnej terapii noworodków, a wiele rodzin przebywa tutaj bardzo długo. Staram się dać im chwilę przerwy od codziennych obowiązków – wyjaśniał.

Ponad 500 dzieci w ciągu ośmiu lat

Whitlow szacuje, że od początku wolontariatu trzymał w ramionach ponad 500 małych pacjentów. Szczególnym doświadczeniem było dla niego spotkanie dzieci, które znał wcześniej jako skrajne wcześniaki. Podczas zjazdu byłych pacjentów zobaczył siedmio- i ośmiolatków biegających, śmiejących się oraz bawiących wspólnie z rodzinami.

Przed odłożeniem każdego dziecka Dave wypowiada zawsze to samo zdanie:

Rośnij silny, rośnij mądry, rośnij dobry.

Jak tłumaczy, właśnie tych cech chciałby nie tylko dla dzieci z oddziału, lecz także dla ludzi w ogóle.

Wieloletnia praca w administracji wymagała od niego patrzenia na decyzje z perspektywy całej społeczności i przewidywania ich przyszłych skutków. Na oddziale jego świat zawęża się do kilku centymetrów dzielących jego twarz od dziecka trzymanego w ramionach.

– Jestem całkowicie obecny w tej chwili i to jest niezwykłe. To najlepsze zajęcie, jakie kiedykolwiek miałem – przyznał.

Dave Whitlow nie przeprowadza zabiegów i nie przepisuje leków. Jego rolą jest ofiarowanie czasu oraz spokojnej obecności tam, gdzie nawet najmniejszy gest może mieć ogromne znaczenie. Dwa razy w tygodniu wraca więc na oddział, zakłada fartuch i pyta pielęgniarki, które dziecko najbardziej potrzebuje dziś jego ramion.

Źródło: wtvr.com

Zobacz także: 

 

Dodaj komentarz