Polskie tkaczki podbijają Japonię. Wszystko dzięki jednej osobie

Więcej niż sześćdziesiąt procent rękodzieła polskich tkaczek trafia dziś do japońskich domów. To zasługa Izumi Fujity, 33-letniej Japonki, która mieszka w Polsce od 9 lat i uważa, że najcenniejszym polskim towarem eksportowym jest rodzima wieś.

Poniżej zamieszczamy fragment wywiadu z portalu Wirtuala Polska, jaki przeprowadził Łukasz Knap (cały wywiad TU)

Łukasz Knap, Wirtualna Polska: Kiedy pierwszy raz usłyszałaś o Polsce?

Izumi Fujita: To było 18 lat temu. Byłam wtedy na obozie językowym w Anglii, na którym poznałam chłopaka z Polski. Wtedy nic nie wiedziałam o Polsce. Z tamtej perspektywy wydaje mi się zabawne, bo nigdy bym wtedy nie pomyślała, że mogłabym tam zamieszkać. Cztery lata później przyjechałam do Krakowa, który wydał mi się pięknym miastem, które odstawało od tego, co widziałam w zachodniej Europie. Polska nie była wtedy jeszcze w Unii Europejskiej, nie było tylu dróg i bezpośrednich tanich połączeń lotniczych. Pamiętam, że z Anglii do Krakowa leciałam przez Pragę. Ale podobało mi się, ludzie byli dla mnie bardzo mili, uwielbiałam chodzić na targi.

Miałaś wtedy pomysł, co mogłabyś robić w Polsce?

Nie. Bałam się, oczywiście, zaczęłam uczyć się polskiego, nie musiałam pracować, ale szybko znudziło mi się siedzenie w domu i gotowanie. Nie chciałam być w Polsce japońską panią domu. Jestem z wykształcenia antropologiem, moją uwagę szybko przykuła sztuka ludowa, najpierw w muzeum, a potem na różnych festiwalach. Podobało mi się, że to sztuka żywa, powstająca z potrzeby serca, będąca odzwierciedleniem warunków życia artystów, którzy ją tworzą. Gdy przyjechałam pierwszy raz do Krakowa w zimie, Polska wydała mi się mrocznym i zimnym krajem, a w tej sztuce znalazłam dużo ciepła i koloru.

Skąd pomysł, żeby organizować wycieczki na Podlasie dla japońskich tkaczek?

Impulsem była myśl, żeby w jakiś sposób zachować unikatowe polskie dziedzictwo, któremu grozi zniknięcie, ponieważ tym fachem zajmuje się zaledwie siedem kobiet, z czego pięć jest po sześćdziesiątce lub siedemdziesiątce. Zaprosić tkaczki z Japonii do polskiej wsi, aby na miejscu uczyły się polskich wzorów i techniki. Nie musiałam czekać na odzew długo. Szybko znalazłam chętnych i zorganizowałam już cztery takie wycieczki. W każdej udział wzięło sześć osób. Razem odwiedzamy tkaczki z Janowa i Korycina. Zależy mi na kameralnej atmosferze, aby panie mogły poczuć atmosferę, miały czas na wspólne gotowanie.

 

Jak japońskim tkaczkom podoba się na polskiej wsi?

Panie są zachwycone Polską, ale nie mogą uwierzyć, że nikt tutaj nie interesuje się cudami, które powstają na wsi. Do tej pory nie spotkała nas żadna trudność. Raz tylko zatrzymała nas straż graniczna, która najwyraźniej myślała, że jesteśmy nielegalnymi imigrantkami (śmiech). Byliśmy dla nich atrakcją, chyba nigdy wcześniej nie widzieli Japończyków na podlaskiej wsi. Poza tym zarówno polskie i japońskie tkaczki natychmiast znajdują porozumienie. Potrzebują mnie jako tłumaczki tylko przez trzy albo cztery dni, potem radzą sobie beze mnie i przy krośnie rozumieją się niemal bez słów. Podczas ostatniej wycieczki udało się nam nawet zorganizować japońską ceremonię parzenia herbaty. Wszyscy byli bardzo szczęśliwi. Myślę, że te wycieczki pozwalają polskim tkaczkom odzyskać wiarę, że to, co robią, jest cenne i godne uwagi.

Dlaczego wymierająca w Polsce sztuka cieszy się takim wzięciem w Japonii?

Japończycy mają wielki szacunek dla rękodzieła, nie tylko tego, które powstaje w Japonii, ale także za granicą. W jesieni życia każdy ma tam czas i pieniądze, żeby zajmować się swoim hobby. Mają swoje grupy i festiwale. W tym roku pojadę na największy taki festiwal w Tokio, na którym wraz z polską tkaczką Lucyną Kędzierską będę promować moją książkę o tkaninach z Janowa.

 

Czytaj więcej na: magazyn.wp.pl

Foto: archiwum prywatne


Dodaj komentarz