Zapisują ziemię naturze. Australijczycy coraz częściej chronią przyrodę w testamentach
Niektórzy zostawiają po sobie dom, oszczędności albo rodzinne pamiątki. Coraz więcej Australijczyków chce jednak zostawić coś jeszcze: las, mokradło, busz, fragment wybrzeża albo pieniądze, które po ich śmierci pomogą chronić dziką przyrodę. W Australii rośnie cichy, ale niezwykle poruszający ruch ludzi, którzy zapisują ziemię i majątek organizacjom ekologicznym, aby rośliny i zwierzęta miały bezpieczne miejsce na kolejne pokolenia.
To nie jest historia o wielkich deklaracjach ani efektownych kampaniach reklamowych. To raczej opowieść o osobistych decyzjach podejmowanych przy kuchennym stole, u prawnika, w rozmowie z rodziną albo podczas spaceru po własnej działce. Ktoś patrzy na kawałek ziemi i myśli: „Nie chcę, żeby to zostało wycięte, sprzedane albo zabudowane. Chcę, żeby zostało żywe”.
Takie decyzje zaczynają zmieniać mapę ochrony przyrody w Australii. Według danych przywoływanych przez „The Guardian” kraj ma już jedną z największych na świecie sieci prywatnie chronionych i zarządzanych terenów, obejmującą ponad 10 mln hektarów. To powierzchnia większa niż niejedno europejskie państwo.
Spadek, który nie trafia do szuflady
Australijskie organizacje ekologiczne odnotowują wyraźny wzrost zapisów testamentowych. W latach 2019–2024 przychody z takich zapisów w czołowych organizacjach środowiskowych wzrosły o 150 procent. To znak, że dla wielu osób troska o przyrodę staje się częścią ostatniej woli — czymś równie ważnym jak zabezpieczenie bliskich czy uporządkowanie majątku.
Największą siłą takich zapisów jest ich długofalowość. Darowizna jednorazowa pomaga dziś. Zapis w testamencie może natomiast finansować ochronę terenów, wykup zagrożonych siedlisk, badania naukowe, odtwarzanie roślinności, kontrolę gatunków inwazyjnych i pracę strażników przyrody przez wiele lat po śmierci darczyńcy.
Australijczycy przekazują nie tylko pieniądze. Część osób decyduje się oddać ziemię o wysokiej wartości przyrodniczej. W praktyce taki teren może zostać objęty trwałą ochroną, włączony do sieci rezerwatów albo zarządzany tak, aby służył zagrożonym gatunkom.
Początek był bardzo ludzki
Jedna z najbardziej znanych historii zaczęła się w 1990 roku na Tasmanii. Bob Brown dowiedział się wtedy, że dwa fragmenty buszu sąsiadujące z jego ziemią w Liffey mają zostać wystawione na sprzedaż. Terenem interesowała się firma związana z wycinką drewna. Brown nie miał pieniędzy, ale mimo to postanowił działać. Wysłał na aukcję osobę, która w jego imieniu wylicytowała ziemię za 250 tys. dolarów.
Jego przyjaciółka Judy Henderson wspominała później rozmowę, w której zapytała, jak zamierza za to zapłacić. Brown odpowiedział po prostu: „Nie wiem, Judy”.
Z tej niepewnej, odważnej decyzji narodziła się organizacja Bush Heritage Australia. Dziś chroni ona 45 zakupionych lub przekazanych rezerwatów o łącznej powierzchni ponad 1,4 mln hektarów i stanowiących siedlisko dla ponad 9 tys. rodzimych gatunków. Współpracuje też z rdzennymi społecznościami i rolnikami przy zarządzaniu kolejnymi milionami hektarów.
„Ruch ekologiczny potrzebuje wielu rąk”
Rachel Lowry, szefowa Bush Heritage Australia, zwraca uwagę, że wiele najcenniejszych australijskich ekosystemów znajduje się poza klasycznym systemem parków narodowych. To prywatne grunty, dawne tereny pasterskie, fragmenty buszu, lasów i mokradeł, które mogą mieć ogromne znaczenie dla zagrożonych gatunków, ale nie są automatycznie chronione przed wycinką, górnictwem, zabudową czy gatunkami inwazyjnymi.
Właśnie dlatego prywatna filantropia zaczyna odgrywać tak ważną rolę. Bush Heritage Australia informuje, że liczba osobistych zapisów testamentowych na rzecz organizacji wzrosła z 2500 w 2022 roku do ponad 4600 w ubiegłym roku. Za każdą taką liczbą kryje się człowiek, który uznał, że jego spuścizna może stać się schronieniem dla ptaków, ssaków, roślin i całych ekosystemów.
Lowry podsumowuje to prosto: „Ruch ekologiczny potrzebuje wielu rąk”. Jej zdaniem potrzebne są rządy wyznaczające ambitne cele, społeczności domagające się działania, rdzenni opiekunowie kraju z ich wiedzą i doświadczeniem oraz organizacje, które potrafią działać szybko, odpowiedzialnie i z myślą o bardzo długiej perspektywie.
Testament byłego taksówkarza pomoże ptakom
Jednym z najbardziej wzruszających przykładów jest historia Boba Crosera, byłego taksówkarza z Adelaide. W grudniu 2024 roku przekazał on w testamencie 1,1 mln dolarów Uniwersytetowi w Adelaide. Pieniądze posłużyły do utworzenia projektu odtwarzania siedlisk leśnych, który ma wspierać populacje ptaków w regionie Mount Lofty Ranges.
To obszar, w którym występuje wiele zagrożonych gatunków ptaków, między innymi południowy strzyżyk emu, kapturowy rudzik i drozdowiec basowy. Dzięki zapisowi testamentowemu naukowcy mogą badać, gdzie najlepiej odtwarzać roślinność, jakie gatunki sadzić i jak tworzyć miejsca, które rzeczywiście będą dawać ptakom pożywienie, schronienie i szansę na przetrwanie.
Taki spadek nie znika więc w dokumentach. Zamienia się w drzewa, krzewy, gniazda, monitoring, pracę terenową i konkretne decyzje, które mogą pomóc zatrzymać spadek liczebności dzikich gatunków.
Dlaczego to tak ważne właśnie w Australii?
Australia jest jednym z najbardziej niezwykłych przyrodniczo miejsc na świecie. Żyją tam gatunki, których nie spotkamy nigdzie indziej: koale, wombaty, dziobaki, diabły tasmańskie, liczne torbacze, papugi, gady i tysiące endemicznych roślin. Jednocześnie kraj zmaga się z bardzo poważnym kryzysem bioróżnorodności.
Utrata siedlisk, pożary, susze, gatunki inwazyjne i presja inwestycyjna sprawiają, że wiele zwierząt i roślin potrzebuje bezpiecznych korytarzy, dobrze zarządzanych rezerwatów i obszarów, na których przyroda może się odradzać. Państwowe parki narodowe są niezwykle ważne, ale nie obejmują wszystkiego, co warto ocalić.
Tu właśnie pojawia się siła prywatnych darczyńców. Jedna osoba może nie zatrzymać całego kryzysu klimatycznego ani nie uratować wszystkich zagrożonych gatunków. Może jednak ochronić konkretny fragment ziemi. A jeśli takich osób są tysiące, z małych decyzji powstaje wielka sieć miejsc, w których życie ma większą szansę.
Dziedzictwo, które oddycha
Australijskie organizacje podkreślają, że przekazanie ziemi lub pieniędzy na ochronę przyrody wymaga namysłu, rozmowy z rodziną i profesjonalnej porady prawnej. Nie jest to gest, który powinno się wykonywać pochopnie. Ale dla wielu osób staje się sposobem na pozostawienie po sobie czegoś bardzo osobistego i trwałego.
To piękna myśl: po człowieku może zostać nie tylko nazwisko na tabliczce, ale też cień drzewa, ścieżka wombata, kwitnące eukaliptusy, mokradło pełne ptaków albo skrawek buszu, który już nigdy nie trafi pod piłę.
Źródło: scienceaim.com

