92-latka usłyszała, że guz jest nieoperacyjny. Nowe leczenie zmniejszyło go o 80 proc.
Brenda Iveson miała 92 lata, kiedy usłyszała wiadomość, której boi się każdy pacjent: guz wątroby był położony tak trudno, że operacja, radioterapia i standardowa chemioterapia nie wchodziły w grę. W wielu podobnych przypadkach rozmowa kończy się właśnie w tym miejscu. Tym razem lekarze z Leeds znaleźli jednak inną drogę. Dzięki połączeniu elektrochemioterapii i robotycznego prowadzenia igieł guz zmniejszył się o około 80 procent.
Historia mieszkanki North Yorkshire szybko obiegła brytyjskie media, ale jej znaczenie wykracza daleko poza wzruszającą opowieść o pacjentce w bardzo podeszłym wieku. To przede wszystkim przykład medycyny, która coraz częściej szuka rozwiązań dla osób wcześniej uznawanych za zbyt obciążone, zbyt kruche albo mające nowotwór w zbyt trudnym miejscu.
Brenda Iveson miała sześciocentymetrowy guz wątroby. Lekarze ocenili, że tradycyjne metody leczenia nie będą dla niej odpowiednie. Decydowało nie tylko położenie zmiany, ale także wiek i ogólna kruchość organizmu. Zespół Leeds Teaching Hospitals NHS Trust zaproponował jej jednak udział w nowatorskim leczeniu, które w Wielkiej Brytanii zastosowano w ten sposób po raz pierwszy.
„To dało mi prawdziwą nadzieję”
Zabieg przeprowadzono w znieczuleniu ogólnym. Lekarze wykorzystali robotyczne prowadzenie igieł, aby bardzo precyzyjnie umieścić je wokół guza. Następnie zastosowano elektrochemioterapię, czyli metodę łączącą niewielką dawkę leku przeciwnowotworowego z impulsami elektrycznymi.
Brenda Iveson nie ukrywała, jak wiele znaczyła dla niej sama możliwość leczenia. – Powiedziano mi, że nic nie da się zrobić. Dlatego propozycja tego leczenia dała mi prawdziwą nadzieję. Bardzo się cieszę, że się zdecydowałam. To nie było bolesne ani wyniszczające, a ja czuję się bardzo dobrze – powiedziała.
Po zabiegu wykonano badania obrazowe. Według informacji szpitala w Leeds guz zmniejszył się o około 80 procent, a pozostała zmiana pozostaje stabilna. Pacjentka jest nadal monitorowana, a lekarze nie wykluczają kolejnych działań, jeśli okażą się potrzebne.
Jak działa elektrochemioterapia?
Elektrochemioterapia nie jest zwykłą chemioterapią w znanym pacjentom znaczeniu. To leczenie miejscowe, w którym lek przeciwnowotworowy trafia do organizmu w niewielkiej dawce, a następnie jego działanie jest wzmacniane bezpośrednio w obrębie guza za pomocą impulsów elektrycznych.
Impulsy chwilowo zwiększają przepuszczalność błon komórek nowotworowych. Można to porównać do krótkiego otwarcia mikroskopijnych „drzwi”, przez które lek łatwiej dostaje się do wnętrza komórki. Dzięki temu terapia może działać bardziej precyzyjnie w wybranym miejscu, bez konieczności obciążania całego organizmu tak, jak dzieje się przy wielu klasycznych metodach leczenia systemowego.
W przypadku guzów wątroby szczególnie ważne jest jeszcze coś: metoda nie opiera się na wysokiej temperaturze. Klasyczne techniki ablacji często polegają na niszczeniu tkanki ciepłem, ale gdy guz znajduje się blisko dużych naczyń krwionośnych albo dróg żółciowych, takie leczenie może być zbyt ryzykowne. U Brendy guz znajdował się właśnie w skomplikowanym miejscu.
Robot pomógł tam, gdzie liczyły się milimetry
Najbardziej przełomowe w tej historii nie było samo zastosowanie elektrochemioterapii, lecz połączenie jej z robotycznym prowadzeniem igieł w leczeniu guza wątroby. To właśnie precyzja miała tu kluczowe znaczenie. W trudnych lokalizacjach nawet niewielkie odchylenie może oznaczać, że igła znajdzie się za daleko od celu albo zbyt blisko wrażliwych struktur.
Robot nie zastąpił lekarzy. Był narzędziem, które pomogło im wykonać zadanie z bardzo dużą dokładnością. Najpierw zespół wykorzystał zaawansowane obrazowanie, aby dokładnie zaplanować położenie igieł. Następnie system robotyczny pomógł ustawić je wokół guza tak, by impulsy elektryczne objęły właściwy obszar.
Zabieg prowadziła prof. Tze Min Wah, specjalistka radiologii interwencyjnej i liderka programu onkologii interwencyjnej w Leeds Teaching Hospitals NHS Trust. – To leczenie pozwoliło nam zaoferować opcję tam, gdzie w przeciwnym razie nie byłoby żadnej. Dodanie robotycznego prowadzenia poprawia precyzję i otwiera nowe możliwości, szczególnie dla pacjentów z guzami w trudnych lokalizacjach albo dla tych, którzy nie kwalifikują się do innych metod leczenia – podkreśliła.
To ważna wiadomość dla pacjentów bez łatwych opcji
W medycynie słowo „nieoperacyjny” nie zawsze oznacza to samo. Czasem guz jest zbyt rozległy. Czasem znajduje się w miejscu, do którego trudno dotrzeć bez poważnego ryzyka. Czasem organizm pacjenta jest zbyt osłabiony, by wytrzymać klasyczne leczenie. Takie sytuacje są jednymi z najtrudniejszych, bo pacjent może usłyszeć, że standardowe ścieżki zostały zamknięte.
Nowatorski zabieg z Leeds nie oznacza, że znaleziono uniwersalną metodę leczenia wszystkich guzów wątroby. To nadal procedura specjalistyczna, dostępna w ograniczonych warunkach i oceniana w badaniach. Nie jest też obietnicą wyleczenia dla każdego pacjenta. Jej znaczenie polega na czymś innym: może poszerzyć pole działania tam, gdzie dotychczas lekarze mieli bardzo mało możliwości.
Leeds Teaching Hospitals jest obecnie jedynym ośrodkiem w Wielkiej Brytanii prowadzącym takie leczenie w ramach europejskiego badania RESPECT. Jego celem jest zebranie danych o skuteczności i bezpieczeństwie przezskórnej elektrochemioterapii u pacjentów z pierwotnymi i wtórnymi nowotworami wątroby.
Jeden przypadek, ale wielka lekcja
Warto zachować właściwe proporcje. Historia Brendy Iveson jest pojedynczym przypadkiem, a nie wynikiem dużego badania klinicznego. Właśnie dlatego lekarze będą nadal obserwować pacjentkę, a naukowcy zbierać dane od kolejnych chorych. Tak rozwija się odpowiedzialna medycyna: nie przez natychmiastowe ogłaszanie cudów, ale przez dokładne sprawdzanie, komu dana metoda pomaga, kiedy jest bezpieczna i gdzie ma największy sens.
Jednocześnie trudno nie dostrzec w tej historii czegoś bardzo poruszającego. Kobieta w dziesiątej dekadzie życia, której powiedziano, że standardowe leczenie nie jest możliwe, otrzymała szansę dzięki zespołowi lekarzy, badaczy, farmaceutów, radiologów i inżynierów technologii medycznych. To nie była magia ani przypadek. To była współpraca wielu ludzi i narzędzi zaprojektowanych po to, by działać precyzyjniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Brenda Iveson swoim udziałem w badaniu pomogła nie tylko sobie. Jej przypadek może dostarczyć danych, które w przyszłości ułatwią leczenie innym pacjentom z guzami położonymi w miejscach uznawanych dotąd za zbyt trudne.
W świecie medycyny dobre wiadomości rzadko przychodzą jako wielkie, ostateczne przełomy. Częściej pojawiają się właśnie tak: w jednym szpitalu, przy jednym pacjencie, w zabiegu wykonanym po raz pierwszy i w wyniku, który sprawia, że słowo „niemożliwe” trzeba wypowiedzieć ostrożniej.
Źródło: scienceaim.com

