Czym jest „konflikt stref czasowych” w relacji rodzica z dzieckiem i jak go rozwiązać

Wychowani w opartej na lęku kulturze, która kładzie nacisk na działanie, wierzymy że jedynym sposobem na udane życie jest nieustanne sprawowanie kontroli i bycie zajętym.

Kierując się społecznymi wyznacznikami sukcesu, dorastamy w przekonaniu, że życie polega na wywieraniu na sobie presji oraz ciągłym dążeniu do optymalizacji i osiągnięć. Ta sama tendencja jest bardzo widoczna w rodzicielstwie. Jako rodzice zwykle koncentrujemy się na pilnowaniu, żeby dzieci zdobywały jak najwyższe ocen i znalazły sobie „odpowiednie” towarzystwo w nadziei, że to zapewni im godziwe zarobki w przyszłości.

W swoim obsesyjnym dążeniu do celów, które mają zapewnić „szczęśliwą” przyszłość naszym dzieciom, usiłujemy zarządzać wszystkimi, nawet najdrobniejszymi aspektami ich życia. Dobre wyniki w nauce już nam nie wystarczają – chcemy, żeby dzieci uprawiały sport, tańczyły, śpiewały, grały na instrumencie, a także angażowały się w wiele przedsięwzięć i działań społecznych oraz miały różne hobby. W dodatku media i Internet również przyciągają  ich uwagę. W rezultacie nasze dzieci dorastają w świecie skoncentrowanym na działaniu.

Dlaczego tak bardzo zależy nam na tym, żeby dzieci miały aż tyle zajęć? Chcemy się upewnić, że niczego nie „stracą”, i że spełnią nasze oczekiwania, czyli odniosą sukces zgodnie z normami społeczeństwa. Kierujemy się również poczuciem, że sami chcielibyśmy mieć tyle możliwości w dzieciństwie i pragniemy zapewnić naszym dzieciom to, czego sami nie mieliśmy.

Kiedy ciągle angażujemy się w całe mnóstwo działań, przestaje nam wystarczać to, co dzieje się w danym momencie. Teraźniejszość staje się czymś wręcz niepożądanym lub niemożliwym do przyjęcia, a co za tym idzie – nieistotnym. Nauczono nas wierzyć, iż to kolejna chwila jest ważna, a nie to, co robimy w danej chwili. A potem zastanawiamy się, dlaczego nasze dzieci mają problemy z koncentracją lub wytrwałością.

Gdyby zapytali mnie, co uznaję za źródło konfliktu między rodzicami a dziećmi, odpowiedziałabym, że jest to „konflikt stref czasowych”. Rodzice są zorientowani na przyszłość, chcąc dotrzeć do jakiegoś wymyślonego celu, a dzieci są naturalnie zanurzone w teraźniejszości. Większość nieporozumień wynika między innymi z tego, że trudno jest pogodzić cieszenie się chwilą z myśleniem o tym, co mamy do zrobienia już za chwilę.

Być może uważacie, że ignorowanie przyszłości jest nieodpowiedzialne. Jak najbardziej się z tym zgadzam. Planowanie jest przejawem rozsądku. Nie polecimy nigdzie samolotem, jeśli nie kupimy wcześniej biletu i nie wyrobimy odpowiedniego dokumentu tożsamości. Jednak różni się to znacznie od skupiania się na przyszłości kosztem teraźniejszości.

Mówiąc o zdolności dziecka do bycia „obecnym”, mam na myśli to, że w pełni angażuje się w wykonywaną w danym momencie czynność, nawet jeśli nie jest szczególnie istotna. Małe dzieci w naturalny sposób przejawiają tę umiejętność, dopóki nie nauczą się tracić kontaktu z teraźniejszością poprzez angażowanie się w coraz to nowe aktywności, aż w końcu nie będą już miały okazji na to, żeby po prostu „być”.

Gdy przestajemy ciągle coś dzieciom narzucać i pozwalamy im cieszyć się chwilą, aktywujemy w nich ich wrodzoną inteligencję, głębokie pragnienia, naturalne skłonności i zainteresowania. Ich działania wynikają wówczas z naturalnego zachwytu życiem i traktowania go jako niezwykłej przygody, a nie z lęku, że jak nie będą działać, to zmarnują sobie życie. Wszechświat, w którym żyjemy, powstał z potencjalności, która przejawia się nieustannie na mnóstwo różnych sposobów, emanując nieopisaną energią w swojej twórczej ekspresji.

Jeśli pozwolimy dzieciom na to, żeby podążały za głosem swojego wnętrza, same będą chciały eksplorować świat, zachowując przy tym swoją wrodzoną ciekawość. Zauważcie, że gdy coś ich interesuje, są tym tak pochłonięte, że czas staje dla nich w miejscu. Rzadko się nudzą, bo gdy tylko skończą jakieś zadanie, znów pojawia się w nich iskra fascynacji i nowy entuzjazm. Nawet jeśli się tylko obijają, rozkoszują się relaksem i nie czują się winne, że nic nie robią, ponieważ są w pełni dostrojone do swojej prawdziwej natury.

Dziecko wychowane w ten sposób nie potrzebuje żadnych zewnętrznych presji, żeby prowadzić spełnione i celowe życie. Nie trzeba mu narzucać żadnego celu, aby motywować go do działania. Nie potrzebuje żadnej marchewki. Jedyne, co mamy zrobić, to zapewnić mu bezpieczne środowisko, w którym będzie miało czas i przestrzeń na odkrycie, jak chce wyrażać swoją niepowtarzalną duszę. Nawet sam Wszechświat, w swoich rozmaitych przejawach, powstał ze spokoju i ciszy.

WIĘCEJ PRZECZYTASZ W KSIĄŻCE DR SHEFALI TSABARY (DOSTĘPNEJ TU)

 

 

 


Dodaj komentarz