Dzięki epidemii koronawirusa, odwołano polowania na wieloryby

W tym roku nie będzie polowań na wieloryby. Dzięki ekonomii oraz epidemii koronawirusa, największe zwierzęta świata są bezpieczne.

Spożywanie wielorybiego mięsa nie należy do islandzkiej tradycji. Dawniej tamtejsze wody były tak obfite w ryby, że nie było potrzeby polowania na te ogromne ssaki. Wiązało się to również z kwestiami ekonomicznymi, polowanie na nie wymagało kapitału na zakup sprzętu, czego na biednej Islandii brakowało. Jednak na islandzkich wodach polowały na te zwierzęta przez stulecia kutry baskijskie, holenderskie, później amerykańskie, duńskie czy norweskie. Podczas gdy sami Islandczycy wciąż skupiali się na łowieniu ryb.

Islandia była w 1949 r. w Waszyngtonie jednym z członków-założycieli Międzynarodowej Komisji Wielorybnictwa (IWC), której członkowie sami decydują, jaka ilość tych zwierząt może być odławiana każdego roku.

W latach 50. islandzcy rybacy poprosili stacjonujące na wyspie amerykańskie siły powietrzne o przepędzenie orek, które w ich przekonaniu zagrażały łowiskom, wyjadając ryby. Niestety Amerykanie podeszli do tematu poważnie, używając do tego karabinów maszynowych, pocisków rakietowych i min głębinowych.

W 1979 r. harpunami z islandzkich statków wielorybniczych oberwała słynna jednostka Greenpeace – Rainbow Warrior, która łamiąc prawo, próbowała przeszkadzać w połowach. Mniej subtelni od Islandczyków byli Francuzi, którzy w 1985 r. zatopili tę jednostkę na wodach Nowej Zelandii.

Na początku lat 80. Konferencji Sztokholmskiej udało się ostatecznie wprowadzić moratorium na komercyjne połowy wielorybów, do czego Islandia nie zgłosiła sprzeciwu, zgadzając się na ograniczenia. Kolejne lata to dalsze działania dyplomatyczne, mające na celu poluzowanie ograniczeń i zwiększenie limitu i tak niewielkich połowów (formalnie do celów naukowych).

W 1992 r. Islandczycy zdecydowali się opuścić organizację, mając świadomość, że nie będą mogli sprzedawać złowionego mięsa do państw-członków porozumienia.

Tak czy inaczej, Islandia, ograniczona innymi aktami prawa międzynarodowego, zaprzestała połowów na wieloryby aż do roku 2003, kiedy to znów pozwolono na odłowienie w niewielkiej ilości osobników w ramach programu naukowego.

Mimo protestów dyplomatycznych, prób bojkotu islandzkich ryb i straszenia sankcjami, formalnie połowy komercyjne na Islandii są dozwolone, ale ilości odławianych sztuk są niewielkie.

W ostatnich latach mięso wielorybów trafia głównie na eksport do Japonii, która zwyczajowo kupowała mięso płetwala zwyczajnego – drugiego co do wielkości zwierzęcia świata (największe to płetwal błękitny). Poławiane są też płetwale karłowate, jednak głównie dla turystów. Mięso wieloryba nie każdemu smakuje, szczególnie gdy ma posmak tranu. Raz, gdy część uczestników wycieczki zamawiała steki wołowe, a część steki wielorybie, pomóc musiał nie tylko kelner, ale sam szef kuchni – tak trudne były do rozróżnienia.

Kilka dni temu Kristján Loftsson, dyrektor przedsiębiorstwa Hvalur hf., specjalizującego się w wielorybnictwie, poinformował, że tego lata firma nie będzie poławiać wielorybów. Przyczyną zawieszenia tych praktyk nie jest jednak niestety nagły przypływ miłości do tych sympatycznych ssaków, a powody ekonomiczne.

Zdecydowana większość mięsa wielorybów trafia na rynek japoński, a tamtejszy rząd dotuje rodzime wielorybnictwo, przez co eksport z Islandii staje się nieopłacalny.

Paradoksalnie, chwilowy spokój dał też wielorybom  koronawirus. Do polowania na te ogromne zwierzęta i do procesu ich przetwarzania potrzeba wielu osób zgromadzonych w jednym miejscu, nie da się tego zrobić przy zachowaniu odstępu dwóch metrów.

W efekcie tego, wieloryby mogą śmiało wpływać choćby do Fiordu Wielorybiego (Hvalfjörður) w zachodniej Islandii. Natkną się tam nie na statki wielorybnicze.

Źródło: Wprost

Dodaj komentarz