fbpx

Czy jest coś, co może nam pomóc po zatruciu grzybami? Niewielu o tym wie

Polacy kochają grzybobrania. Słabość do grzybów ma jednak swoją ciemną stronę. Nie każdy wystarczająco się na nich zna, a wtedy łatwo o nieszczęście. Najjaskrawszym przykładem jest muchomor sromotnikowy, który błyskawicznie uszkadza wątrobę, a potem jest już tylko gorzej. Może dojść do śmierci mózgu.

Czy jest coś, co może uratować nam życie w takim przypadku? Przeczytajcie niezwykłą historię lekarza, który zastosował stosunkowo mało znaną substancję. Fragment pochodzi z książki – Fenomen kwasu alfa liponowego autorstwa dr Burta Berksona

Pewnego słonecznego poranka w październiku 1977 roku, kiedy byłem jeszcze rezydentem w dużym szpitalu klinicznym w Cleveland (Ohio), przydzielono mi pod opiekę dwóch poważnie chorych pacjentów. Miła kobieta po pięćdziesiątce poprzedniego dnia zebrała kilka pięknych okazów białych grzybów. Ona i jej mąż zjedli je na obiad, przy czym jego porcja była znacznie większa. Posiłek był pyszny i para czuła się dobrze jeszcze przez cały dzień, aż do wieczora. Jednak o 2 nad ranem w niedzielę (14 godzin po zjedzeniu grzybowego posiłku), obudził ich ostry ból brzucha i gwałtowne wymioty. Niedługo potem pojawiła się silna biegunka, a mężczyzna dostał drgawek.

Przerażona kobieta zadzwoniła po syna (ratownika medycznego, kierowcę ambulansu), który natychmiast zabrał ich na ostry dyżur. Wstępnie zdiagnozowano infekcję wirusową (grypę żołądkową) i podano zastrzyk, który miał ukoić układ trawienny. Lekarz wysłał pacjentów do domu z zaleceniami picia dużej ilości wody, żeby zapobiec odwodnieniu i sugerował odpoczynek. Jednak diagnoza okazała się błędna. Z powodu opóźnionej reakcji organizmu na trujące grzyby, ani lekarz, ani pacjenci, nie zdawali sobie sprawy, że to one były przyczyną wystąpienia silnych objawów.

Mąż z żoną wrócili do domu, a ich stan się pogarszał. Rozchorowali się jeszcze bardziej. Ich syn przypomniał sobie o artykule w gazecie, w którym opisano przypadek 12-letniej dziewczynki, która zmarła z powodu zatrucia grzybami i wykazywała podobne objawy co jego rodzice. Zapamiętał z artykułu także moje imię oraz to, że miałem doktorat z badań nad grzybami. Zapytał rodziców, czy jedli dziko rosnące grzyby, a ci opowiedzieli mu o swoim ostatnim obiedzie. Zabrał ich więc do izby przyjęć w szpitalu, w którym pracowałem. Kierując się treściami zawartymi w moim artykule, wydedukował, że rodzice zjedli muchomora wiosennego (Amanita verna). Nie mylił się.

Moje pierwsze spotkanie z tym małżeństwem miało miejsce około  godziny 11.00  w tamten niedzielny poranek, mniej więcej 24 godziny po tym, jak oboje spożyli niefortunny grzybowy posiłek. Mężczyzna, który zjadł kilka grzybów, był w znacznie cięższym stanie niż jego żona, która zjadła niecały jeden okaz. Był bardzo osłabiony, odwodniony i wymiotował niemal cały czas, mimo pustego żołądka. Odczuwał duży dyskomfort, męczyły go skurcze mięśni i cierpiał na bolesną biegunkę. Silne mdłości uniemożliwiały mu znalezienie wygodnej pozycji choćby na kilka minut. Wyniki badań laboratoryjnych były niepokojące. Próby wątrobowe, których wynik powinien oscylować między 0 a 30, plasował się w tysiącach jednostek. Główny lekarz na oddziale oznajmił mi trzy rzeczy – że ci pacjenci znajdują się wyłącznie pod moją opieką; że nie możemy zrobić nic więcej oprócz obserwacji, podawania płynów i w miarę możliwości uśmierzenia bólu; oraz że mężczyzna najpewniej umrze.

Jako młody i pełen optymizmu lekarz rezydent byłem zdeterminowany, żeby znaleźć skuteczny sposób na przywrócenie tych pacjentów do zdrowia. Choć nigdy wcześniej nie widziałem nikogo w takiej agonii, nie przyjmowałem do wiadomości, że nic nie można już zrobić. Odrzuciłem diagnozę przełożonego i zacząłem szukać sposobu, żeby jakoś pomóc. Przypomniałem sobie ciekawy artykuł w czasopiśmie medycznym o pewnym lekarstwie z Europy, skutecznym w leczeniu poważnych uszkodzeń wątroby. Natknąłem się na niego kilka lat wcześniej, jeszcze jako profesor mykologii (nauki o grzybach) na Uniwersytecie Rutgers. Artykuł wzbudził moje zainteresowanie, ponieważ główną przyczyną śmierci u osób, które spożyły trujące grzyby, była ostra niewydolność wątroby.

Zadzwoniłem do doktora Dreda Barttera, wspomnianego w artykule szefa kliniki endokrynologii w Narodowym Instytucie Zdrowia (NIZ) i zapytałem, czy wie coś na temat jakiegokolwiek leku na prawie obumarłą wątrobę. Powiedział, że NIZ ma w magazynie pewną eksperymentalną substancję, która według europejskich naukowców wspierała odbudowę tego narządu. Zgodził się, żeby natychmiast ją przesłać, dzięki czemu zaledwie kilka godzin później mogłem odebrać ów specyfik na lotnisku.

Ja się domyślacie tą substancją był właśnie kwas alfa liponowy (ALA), środek wytwarzany naturalnie  w większych lub mniejszych ilościach przez ludzki organizm. Podałem go obu pacjentom tamtej niedzielnej nocy, i w przeciągu kilku godzin mężczyzna, który był bliski śmierci, zaczął czuć się znacznie lepiej. Po trzech dniach kobieta niemal całkowicie powróciła do zdrowia, a jej mąż mógł regularnie wstawać z łóżka. Był gotów opuścić szpital w przeciągu kolejnego tygodnia. Co zadziwiające, jego enzymy wątrobowe wróciły do normy, a większa część wątroby została zregenerowana.

Kiedy małżeństwo wróciło do zdrowia, ordynator oddziału oznajmił, że oboje wyzdrowieliby prawdopodobnie i bez leczenia ALA, mimo że jeszcze niedawno mówił z przekonaniem, że ich śmierć jest nieunikniona. Zapewniał też, że czasami tego typu ozdrowienia się zdarzają, choć należą do rzadkości.

Sezon na grzyby trwał w najlepsze, toteż tydzień później w szpitalu pojawiła się kolejna para z tą samą diagnozą. Ich wyniki laboratoryjne były jeszcze gorsze, niż u mężczyzny, którego leczyłem wcześniej. Raz jeszcze władze szpitala twierdziły, że ci ludzie nie mają szans na przeżycie – nie z takimi wynikami. Ponownie powierzono mi opiekę nad nimi, ale tym razem otrzymałem wyraźny zakaz ponownego użycia ALA – farmaceuci nigdy o nim nie słyszeli, nie było go także na szpitalnym wykazie leków. Jak powiedział mój przełożony, ponieważ kwas alfa liponowy nie znajdował się na liście zatwierdzonych leków, ani nie został jeszcze rozpoznany przez żadną znaną mu organizację, nie mogłem wykorzystać go ponownie.

Podobnie jak poprzedni pacjenci, ci również wykazywali objawy śmiertelnych uszkodzeń wątroby, a ich ciała szybko słabły. Poinstruowano mnie, żeby nie dzwonić do NIZ, dopóki szpitalna komisja farmaceutyczna nie zatwierdzi leczenia za pomocą ALA.

Niestety ich procedura mogłaby trwać dni lub tygodnie, a moi pacjenci nie mogli tyle czekać, ponieważ śmierć odliczała minuty, żeby zabrać ich z tego świata. Czas był na wagę złota. Podobnie jak poprzednim razem, ordynator nakazał mi podawać środki przeciwbólowe, elektrolity i płyny w kroplówkach dożylnych. Postawiono mnie przed wyborem – czekać bezczynnie i pozwolić pacjentom umrzeć albo zrobić swoje i liczyć się z reprymendą.

Cóż, musiałem działać! Moim lekarskim obowiązkiem było ratowanie ludzkich istnień.  W szpitalu nadal mieliśmy trochę kwasu alfa liponowego, a ja czułem się zobligowany do pomocy. Nie byłem w stanie siedzieć bezczynnie i patrzeć jak ktoś umiera. Choć było to wbrew poleceniom przełożonego, podałem obu pacjentom zastrzyk z ALA. Niedługo potem oboje zaczęli wracać do zdrowia. Po kilku dniach czuli się już całkiem dobrze, a czynność wątroby niemal wróciła do normy. Oboje zostali wypisani do domu po 10 dniach pobytu w szpitalu, bez dalszych zdrowotnych komplikacji.

Prawdopodobnie zostałbym wyrzucony z pracy za niesubordynację, gdyby nie fakt, że Narodowy Instytut Zdrowia zainteresował się cudownym ozdrowieniem tych czterech pacjentów. Od tamtej pory wyleczyłem za pomocą ALA ponad 100 innych osób, generalnie z takim samym doskonałym rezultatem.

Dodaj komentarz