W Afryce jest prawdziwym królem, w Niemczech – skromnym mechanikiem


1

Ma 66 lat, mieszka w Niemczech i jest afrykańskim królem. To nie żart. Choć nie wszystkie osoby z jego otoczenia zdają sobie z tego sprawę, jest najprawdziwszym monarchą. Jego poddani to aż 200 tysięcy osób.

Król Bansah wcale ich jednak nie porzucił. Regularnie dzwoni do nich z rozkazami, dyspozycje wydaje też przez Skype’a oraz wysyłając e-maile. Pewnie w kraju naszych zachodnich sąsiadów byłby dalej postacią anonimową, gdyby nie incydent, który sprawił, że zrobiło się o nim głośno.

Jego historia to gotowy materiał na film, np. słodko-gorzką komedię. Potencjał na pewno jest ogromny. Za kamerą np. Mel Brooks, w roli głównej Eddie Murphy – gdyby oczywiście byli w formie. W latach 80. ubiegłego wieku podobne produkcje, przybliżające takie paradoksy, nie należały zresztą do rzadkości, ale były fikcją. Jak wiadomo najlepsze scenariusze pisze życie. Tak jest właśnie w tym wypadku.

Togbe Ngoryifia Céphas Kosi Bansah – tak brzmi jego pełne imię. Jego poddani tytułują go po prostu królem Bansahem z Hohoe (Hohoe to nazwa regionu oraz dystryktu w Ghanie). 66-letni mężczyzna jest ich władcą, a oni oddają mu należną cześć i szacunek. Ale nie widują go na co dzień. Już dawno temu (nie był jeszcze wtedy królem) wyprowadził się on bowiem z Ghany, gdzie w południowo-wschodniej części kraju mieszka jego lud. Zamiast tego rezyduje w Niemczech, gdzie nie wyróżnia się spośród tłumu.

Do Niemiec trafił w latach 70. XX wieku w ramach wymiany studenckiej. Zakochał się wtedy nie tylko w kraju, ale też w kobiecie – Gabrieli, która została jego żoną. To wtedy zdecydował się osiedlić z dala od rodzinnego domu i ułożyć tu sobie życie. Dziś mieszka w Ludwigshafen nieopodal Frankfurtu, gdzie prowadzi własny warsztat samochodowy. O tym, że zmuszony będzie też do wykonywania obowiązków monarszych, dowiedział się w 1987 r. Mimo że przebywał z dala od najbliższych, wkrótce został koronowany na króla, stając się tym samym następcą swojego zmarłego dziadka. Sukcesorem nie został ani jego ojciec, ani starszy brat – obaj byli leworęczni, a zgodnie z wierzeniami ludu Hohoe właściwość taka oznacza nieczystość i może pociągać za sobą nieuczciwość. Mimo że Togbe Ngoryifia Céphas Kosi Bansah przebywał daleko od domu, to on został uznany za najlepszego następcę tronu.

Choć został nowym królem, ani myślał o wyprowadzce z Niemiec. Zdecydował, że będzie wydawał rozkazy przez telefon. Dziś dużym ułatwieniem jest też dla niego Skype. Oczywiście regularnie odwiedza też swoich poddanych. Funkcję króla sprawuje w wolnym czasie, gdy głowy nie zaprzątają mu sprawy dotyczące prowadzonego przez niego warsztatu samochodowego, albo w godzinach nocnych. Jak sam przyznał, przynajmniej sześć razy do roku stara się też jeździć w rodzinne strony. Na co dzień robi wszystko, by uchodzić za jak najlepszego władcę. Systematycznie wysyła do swoich poddanych pomoc medyczną czy aparaturę do uzdatniania wody.

O pochodzącym z Afryki władcy zrobiło się niedawno bardzo głośno. Publikacje na temat niezwykłego króla obiegły serwisy informacyjne, gdy okazało się, że w niemieckim mieszkaniu afrykańskiego przywódcy dokonano włamania. Złodzieje ukradli należące do króla Bansaha insygnia władzy. Gdy wrócił do domu, okazało się, że rabusie zabrali cztery złote korony, łańcuchy oraz inne drogocenne przedmioty – niektóre z nich miały nawet kilkaset lat. Ich wartość oszacowano na 20 tysięcy euro. Jak podkreśla król i właściciel warsztatu samochodowego, przedmioty te zarówno dla niego, jak i jego wiernych są tak naprawdę bezcenne – poinformował dziennik „The Independent”.

Po informacjach, które pojawiły się w mediach, król otrzymał wiele wyrazów wsparcia. Stał się też lokalną gwiazdą, choć nie marzył o rozgłosie w Niemczech. Wystarczy mu szacunek jego poddanych w rodzinnych stronach. Mieszkając za naszą zachodnią granicą, woli uchodzić za skromnego specjalistę od usuwania usterek w samochodach.

Źródło: wp.p