fbpx

Prof. Piotr Kuna: trzeba przestać używać słowa pandemia i zacząć traktować wirusa normalnie

W medycynie droga do rozwiązania problemu bywa wyboista, a czasem, by osiągnąć cel, trzeba z niej zejść lub zawrócić. Ważne, by nie zaszkodzić pacjentom. Prof. Piotr Kuna uważa, że zarządzający epidemią COVID-19 obrali zły kierunek. A wystarczyło zrezygnować ze straszenia społeczeństwa, zacząć mówić prawdę i tłumaczyć wyniki badań naukowych. To nimi, a nie emocjami, powinni kierować się rządzący przy podejmowaniu decyzji. Dlatego zdaniem eksperta czas już zakończyć epatowanie liczbami nowych infekcji i zgonów. Czas pozwolić ludziom żyć normalnie, a wirusa traktować jak wszystkie inne sezonowe wirusy powodują infekcje dróg oddechowych. W innym wypadku będziemy wciąż mieć wrażenie, że siedzimy na bombie zegarowej, która nie wiadomo kiedy i z jaką mocą wybuchnie…

Przedstawiamy fragment rozmowy przeprowadzonej z prof Kuną na portalu medonet.pl

Monika Zieleniewska, Medonet.pl: Ministerstwo Zdrowia już zapowiedziało czwartą falę pandemii na jesień. Czy zgadza się pan z tą prognozą?

Prof. dr hab. n. med. Piotr Kuna: Wszystko zależy od tego, jak ją zdefiniujemy. Czy jako wzrost liczby osób z dodatnim wynikiem testu na obecność wirusa SARS-CoV-2, czy też biorąc pod uwagę liczbę hospitalizacji i zgonów z powodu COVID-19.

Obecnie pandemia została zdefiniowana w oparciu o liczbę dodatnich wyników testów na obecność wirusa w populacji określonej wielkości. Dodatkowo stosuje się bardzo czułe metody diagnostyczne – RT-PCR, które wykrywają już 10 – 20 fragmentów materiału genetycznego wirusa, stąd wiele dodatnich wyników, a brak objawów COVID-19, bo taka liczba cząsteczek wirusa nie jest zdolna do wywołania choroby.

Przykładowo, gdybyśmy takie same kryteria przyjęli np. do badania epidemii anginy paciorkowcowej, to by się okazało, że większość Polaków ma anginę, bo prawie każdy ma paciorkowce w drogach oddechowych. Moim zdaniem jedyne twarde kryteria to liczba chorych na OIOM i zgony wywołane jedynie wirusem SARS-CoV-2, gdyż wiadomo, że każda infekcja zaostrza i pogarsza choroby przewlekłe i to samo robi ten wirus.

(…)

… jest pan krytycznie nastawiony do polityki zarządzania epidemią w skali globalnej?

Od początku pandemii obserwuję, że większość podejmowanych decyzji nie opiera się na wiedzy, na wynikach badań naukowych, tylko na emocjach. Tutaj one dominują, a sądzę, że są niepotrzebne i szkodliwe. To emocje doprowadziły do ogromnego wzrostu liczby zgonów niecovidowych, do ogromnej nadumieralności. Zaciągnęliśmy gigantyczny dług zdrowotny, który będziemy spłacać latami. Tak jak wspomniałem – Anglia 50 tys. zakażeń dziennie i znosi obostrzenia; na przeciwnym biegunie Australia – kilka osób z dodatnim wynikiem i zamykają całkowicie na wiele tygodni całe regiony i miasta.

Zauważa to wielu lekarzy…

Powiem w ten sposób – przyjmowałem wczoraj chorych. 20 proc. z tych, których widziałem po raz pierwszy, to byli pacjenci z rozsianymi procesami nowotworowymi, które nie zostały uchwycone odpowiednio wcześniej, właśnie na skutek covidu. Pacjenci mówili wprost, że dzwonili do poradni, prosili, ale obowiązywały tylko i wyłącznie teleporady. Żaden lekarz nie chciał ich przyjąć osobiście, żaden nie chciał zbadać. I mamy teraz nowotwory płuc, które są nieuleczalne, a chorzy prawdopodobnie w ciągu pół roku umrą. Gdyby nie było covidu, żyliby nadal i byliby skutecznie leczeni. Oto prosty przykład z jednego dnia praktyki.

Przyrost nierozpoznanych nowotworów na poziomie 20 proc. to bardzo dużo!

Uważam, że to dramat. To, co nas teraz czeka, to nie zgony z powodu covidu. Przed nami problemy związane z zaniedbaniami leczenia chorób nowotworowych, chorób układu sercowo-naczyniowego i wielu innych, gwałtowny przyrost zgonów, nadumieralność… Będzie nas bardzo szybko ubywało w sensie populacyjnym, a jest to wynik zaniedbań i wcześniejszych decyzji o ograniczeniu dostępu do ochrony zdrowia. Bo ewidentnie go ograniczano, a teraz bardzo opornie przebiega powrót do normalnej pracy.

Cały wywiad przeczytacie TU

Foto: swiatlekarza.pl

Dodaj komentarz