Kryzys wieku średniego


home-1822426_960_720

 

 

Mężczyzna zachowuje się jak stary lew, któremu grozi utrata pozycji w stadzie. Przeczuwa, że czas ustąpić pola młodym, ale jeszcze się szarpie, walczy, szczerzy kły i pokazuje, kto nadal rządzi. Jednak druga połowa życia to nie czas młodzieńczych herosów, to czas mentorów.

 

Rozmawiają Renata Arendt-Dziurdizkowska i Benedykt Peczko

Dzieje się z nim coś dziwnego – mówią kobiety o swoich około czterdziestoletnich mężczyznach. Wolniej chodzi, mniej mówi, odmawia spotkań towarzyskich, zamyka się w pokoju, żeby posłuchać muzyki. Już nie jest tak pewny siebie. Bohater cichnie, łamie go w kościach. Kryzys wieku średniego puka do drzwi. Jung mawiał, że pierwsze czterdzieści lat życia należy do innych, wówczas kierujemy się świadomością zbiorową. Druga czterdziestka jest nasza, ale tylko wtedy, gdy zagłębimy się w siebie, wyruszymy w wewnętrzną podróż. Jak dokonać tego przejścia?

 

Trudność pojawia się już na początku tej drogi – gdy trzeba przyznać przed sobą, że coś ze mną się dzieje, coś innego niż dotąd. Najpierw rejestrujemy zmiany w ciele. Nie jestem już tak sprawny; po wysiłku fizycznym ból nie mija z dnia na dzień. Zmieniają się potrzeby seksualne – jakby powiedzieli freudyści, libido nie jest już tak silne. Nie można poszaleć jak kiedyś, pić i balować całą noc, a nawet dwie. Mężczyzna, który identyfikuje się z takimi aspektami siebie może doświadczać ogromnego napięcia, niepokoju i lęku. Czegoś ubywa. Coś bezpowrotnie tracę. Nie chcę tego, więc próbuję tłumić lęk; udowadniam sobie, rodzinie i światu, że nic się nie zmieniło, w dalszym ciągu jestem sprawny i kontroluję sytuację. A spadki energii czy ból w ciele zawsze mogę wytłumaczyć chwilowym przemęczeniem, przepracowaniem. Albo tą cholerną depresją, która dopada ni z tego, ni z owego, a na którą nie wymyślono jeszcze lekarstwa. Gdybym tylko miał możliwość odpocząć, zregenerować się. Zaprzeczanie daje iluzoryczne poczucie uspokojenia, a tak naprawdę wzmaga lęk i niepokój. Czasem dopiero okresowe badania, które trzeba z jakiegoś powodu wykonać, pokazują, że coś się zmieniło – mężczyzna dowiaduje się o niepokojących szmerach w sercu, zwyrodnieniach w kręgosłupie, skokach ciśnienia. Zderza się z czymś, czemu tak łatwo zaprzeczyć się nie da. Ale nawet wtedy może się bronić – nie chce współczucia, pytań, chce być twardy, pokazać na co jeszcze go stać. Gdy zdarzy mu się poważna kontuzja, tłumaczy, że „tak niefortunnie stanął”. W dalszym ciągu nie przypisuje urazów zmianom, które następują w organizmie, nie chce rozpoznawać ich jako oznak upływającego czasu.

 

Wystarczy jednak, że spojrzy w lustro – zmarszczki, worki pod oczami, siwizna albo łysina, albo i jedno i drugie.

 

W nieskończoność nie da się zaprzeczać. W końcu konfrontujemy się z nieuchronnością zmian, z przemijaniem. Między czterdziestką a pięćdziesiątką odkrywamy, że znajdujemy się w takim miejscu linii życia, które jest już bliżej kresu. W tle pojawia się wszystko, co wiąże się ze starością. Starość może być pogodna, zdrowa, radosna, sprawna, pełna pasji i przyjemności, ale to nic pewnego. A co gorsze – starość też się kończy, pojawia się temat śmierci, który w naszej kulturze obecny jest pierwszego listopada albo przy okazji katastrof i kataklizmów. Śmierć jest abstrakcją, którą odruchowo odsuwamy i  lokujemy bardzo daleko.

Przemijanie może być czymś fascynującym. Jednak wymaga od mężczyzny rezygnacji z mechanizmów zaprzeczania, wypierania, tłumienia czy udawania, że jest inaczej niż jest. To co nienazwane i niewypowiedziane budzi jeszcze większy lęk. Gdy przyznamy – no tak, lata upływają, mam czterdziestkę, pięćdziesiątkę, mój organizm funkcjonuje inaczej niż kiedyś, nie mogę działać tak, jakbym miał trzydzieści lat, tracę siły, kondycję – wtedy oswajamy ten lęk, uwalniamy mnóstwo napięcia.

 

Joseph Campbell, badacz mitów, w swojej książce „Bohater o tysiącu twarzach” opisuje życie pod postacią podróży bohatera, robi to za pomocą opowieści, bajek i legend. We wszystkich przekazach odnajdujemy ten sam wzorzec. Pierwszy etap życia to ogród, mamy świadomość połączenia ze wszystkim, ale nie mamy samoświadomości. Drugi etap jest wyjściem na pustynię, trzeci powrotem do domu. Około czterdziestki trzeba się poddać, wyruszyć na pustynię. Co to znaczy?

 

Trzeba zmierzyć się z cieniem, czyli z pytaniami o cel i sens życia, o przemijanie, cierpienie, utratę, poczucie bezsilności, których dotąd unikaliśmy, a nawet wypieraliśmy ze świadomości. Pożegnać dawne tożsamości, choćby tożsamość kogoś, kto „wszystko może, jeśli tylko tego zapragnie”, wszystko wie, potrafi i zawsze sobie poradzi, może pracować po kilkanaście godzin na dobę, uprawiać seks na zawołanie. Pustynia to czas, gdy zaczynamy zdawać sobie sprawę, że są sprawy, na które nie mamy wpływu.

 

Nie raz słyszałam od kobiet westchnienia ulgi, że on wreszcie przestaje szpanować, udawać nie wiadomo kogo, jest bardziej „przy sobie”, prawdziwszy, ciekawszy: „czasami słabszy, ale wolę go takim.” Bo przecież wszyscy przeżywamy kryzysy, mierzymy się z cieniem – to są procesy wpisane w ludzką kondycję.

 

Mężczyźnie zwykle trudno uwierzyć, że będzie kochany wtedy, gdy okaże słabość, podzieli się niepokojem. Najczęściej czuje się zawstydzony, skrępowany swoim złym samopoczuciem; nie traktuje kryzysu jako naturalnego przejścia do nowego etapu życia. Przecież do tej pory to właśnie swoją siłą imponował rodzinie, dawał przykład, trzymał życie w ryzach. Dlatego tak ważne jest, aby w związku rozmawiać o tym, co się z nami dzieje, jakie zmiany obserwujemy; dzielić się sobą. Otwartość zbliża. Mimo upływu lat możemy w dalszym ciągu pozostawać w bliskiej, intymnej relacji. Związek także wchodzi w nowy etap, może być bardziej dojrzały, szczery, autentyczny.

Często jednak obserwuję, że mężczyźni zachowują się jak stare lwy, którym grozi utrata pozycji w stadzie. Przeczuwają, że czas ustąpić pola młodym, ale jeszcze się szarpią, walczą, szczerzą kły i pokazują, kto nadal rządzi. Miałem klienta, który prowadził własną firmę. Po 30 latach zarządzania czuł, że przyszedł czas, aby przekazać ją synowi. Ale nie był w stanie tego zrobić. W jego postawie widziałem niezgodę na słabość i przemijanie; czułem jego potężny opór przed akceptacją tego, co się dzieje. Jednak druga połowa życia to nie czas młodzieńczych herosów, to czas mentorów.

 

Coraz trudniej o herosów. Nasi mężczyźni są zmęczeni na długo przed kryzysem połowy życia.

 

Rzeczywiście znakiem czasów jest to, że symptomy kryzysu wieku średniego pojawiają się znacznie wcześniej niż w przypadku naszych ojców czy dziadków. Już 35-letni mężczyźni skarżą się na stany depresyjne, lęk i napięcie, niepokój związany z pytaniami o sens i cel życia. Żyjemy bardzo intensywnie, jesteśmy nadaktywni, podążamy za modami, trendami, zarabiamy pieniądze, realizujemy cele. Pytam klienta, którego nie widziałem trzy tygodnie, jak udała się delegacja, a on odpowiada pytaniem – A która? Bo przez te trzy tygodnie był w kilku, całkiem odległych miejscach. Błyskawicznie mijają lata zagęszczone zdarzeniami i zadaniami. Aż przychodzi moment, że ten całkiem młody jeszcze mężczyzna zastanawia się, czy to, w jaki sposób żyje, przynosi mu szczęście. Pojawia się pytanie – Po co to wszystko? Osiągnięcia i sukcesy już tak nie cieszą, coraz częściej czuje pustkę. Mam dwa samochody i co z tego? Mam dom, prestiż zawodowy, awansowałem. I co z tego? To wszystko przeminie. I ja też przeminę. Najważniejsze pytanie brzmi, czego  TERAZ potrzebuje ten mężczyzna. Za czym teraz tęskni.

 

cowboy-757575_960_720

 Idąc tropem Campbella  to jest tęsknota, by wrócić do wewnętrznego domu.

 

Są obszary, które zaniedbaliśmy, marzenia, pasje, życiowa misja. To wszystko, co składa się na poczucie, że wiem, po co tu jestem, po co żyję. Tęsknimy za tym, aby zatroszczyć się o siebie, choćby sprawdzić, na ile społeczne trendy czy mody wciąż mi odpowiadają – czy nie drenują mojej energii, czy nie staję się ich niewolnikiem. Zatroszczyć się o siebie to także dbać o kondycję ciała, uprawiać sporty, ale nie po to, by zdobywać medale, ale po to, by dobrze się czuć. Wchodzenie w kolejne fazy przemian w dobrej formie fizycznej bardzo pomaga w mierzeniu się z wewnętrznymi i zewnętrznymi kryzysami.

 

Jak rozstać się z przemijającymi identyfikacjami, przede wszystkim z tożsamością kogoś omnipotentnego, niezniszczalnego?

 

Stare tożsamości odchodzą same, w naturalny sposób. Otwierają przestrzeń dla nowych odkryć, nowego sensu. Ale dobrze jest podsumować to co było. Co zrobiłem do tej pory? Jak żyłem? Jakie cele osiągnąłem? Często idealizujemy przeszłość, młodość.  Jednak kiedy myślę o sobie, gdy miałem 20 czy 30 lat, pojawia się wiele współczucia dla tamtego młodszego mnie. Nie chciałbym cofnąć czasu, ponieważ popełniłem mnóstwo błędów, brakowało mi doświadczenia, wiedzy, samoświadomości, moje perspektywy były ograniczone. Miałem mnóstwo pytań, na które nie znajdowałem odpowiedzi. Gdy pomyślę, że jeszcze raz miałbym przechodzić tamtą drogę, dostaję gęsiej skórki. Z upływem czasu nic nie straciłem z tamtego siebie, a wiele zyskałem. Z otwartością i nadzieją patrzę w przyszłość. Kiedy myślę o śmierci, na razie wiem tyle, że moja forma przemija, przechodzi transformację, aż przyjdzie jej kres. Wówczas stanę wobec ważnego momentu zakończenia tej wędrówki. Co wtedy? W jaki sposób przywitam ten moment? To są pytania bez odpowiedzi, ale mnie ciekawią, intrygują. Kiedy o tym myślę, a myślę często, czuję się oswojony z kolejnymi latami, jeśli takie będą, oswojony z sędziwym wiekiem, jeśli będzie mi dany. Oswojenie bardzo dużo zmienia, przynosi ulgę. Lęk i napięcie wyraźnie we mnie słabną, na ich miejsce pojawia się trema związana z nowym wyzwaniem. No i każda chwila życia zyskuje szczególną wartość i bardziej cieszy.

 

Myślimy – i kobiety, i mężczyźni – że tracimy najlepsze, najpiękniejsze lata, stąd żal, ból.

 

Czy naprawdę młode lata były aż tak szczęśliwe? Dla wielu z nas były naznaczone frustracją, cierpieniem, wewnętrznymi konfliktami. Mamy nieprawdziwe, romantyczne wyobrażenia na temat swojej przeszłości. Moda na młodość dociera z Zachodu, głównie ze Stanów Zjednoczonych, także do nas. To już prawie religia młodości. Nie tylko kobiety jej ulegają, mężczyźni również, więc „odmładzają” się antydepresantami, viagrą, otaczają się nastoletnimi partnerkami seksualnymi, fundują sobie operacje plastyczne. Wcześniej czy później przychodzi moment, gdy operacje pokazują swoje drugie oblicze w postaci skutków ubocznych. To, przed czym uciekamy, dogania nas w sposób nieodwracalny. Michael Jackson był drastycznym przykładem tego destrukcyjnego procesu. Religia młodości sieje spustoszenie. W żaden sposób nie możemy ani powstrzymać rzeki życia, ani odwrócić jej biegu. Możemy tylko płynąć z nurtem.

Jesteśmy zmieniającym się procesem, a nie niezmiennym bytem. Uczestniczenie w tym procesie w sposób świadomy i wydobywanie z niego wszystkiego co najlepsze i najcenniejsze jest dojrzałością, która daje radość, spokój, szczęście, poczucie sensu i spełnienia. Trzydziestolatkowie kiedyś znajdą się w tej samej fazie życia, staną przed tymi samymi pytaniami i wyzwaniami. My jesteśmy w tym nurcie tylko trochę dalej. Po czterdziestce, pięćdziesiątce możemy zachować wewnętrzną młodość niezależnie od procesów fizjologicznych, zmieniającego się ciała. Młodość to żar życia, pasja, namiętność, ciekawość, zabawa, umiejętność czerpania przyjemności z każdej chwili. Tego nie tracimy nigdy.

 

Wywiad pochodzi z książki Zrozumieć mężczyznę – dostępna tu