Życie wśród lwów

1

Klaus ledwie wybiegł z klatki, od razu na mnie skoczył. Ten ważący 80 kg lew objął moją twarz łapami, na szczęście nie używając pazurów i … zaczął mnie lizać. Takich wspaniałych chwil podczas wolontariatu z dzikimi kotami było więcej.

Wolontariat w ośrodku dla drapieżników to ciężka praca fizyczna, ale także niezapomniane wrażenia. Dzień zaczynałam o 5.30 rano od nakarmienia najmniejszych lewków. Wracałyśmy ok. 21. W nocy musiałam jeszcze raz wstawać na karmienie lwiątek.

2

Jak zwykle wstałam o 5.30 rano, żeby nakarmić Lily i Ivy. Te prawie trzytygodniowe lwiczki zabierałam wieczorem do domu i zamykałam na noc w mojej łazience. Obie były głodne. Ivy, która jak przyjechałam była bardzo chuda i o połowę mniejsza od swojej siostry, powoli odzyskiwała apetyt i przybierała na wadze. Dzisiaj wypiła niemal całe swoje mleczko, z czego byłam przeszczęśliwa. Lilunia w porównaniu do Ivy była dużym, grubym lwiątkiem, ale i tak jak na swój wiek była niezbyt spora, wszystko dlatego, że matka bardzo krótko je karmiła.

Zapakowałam lwiczki do ich pudełka, do plastikowej skrzynki pozbierałam czyste ręczniki, wiaderko z umytymi butelkami, chusteczki dla niemowlaków, które służyły nam do podcierania pupek lewkom i sprzątaniu po nich oraz płyn do dezynfekcji wody, w której trzymałyśmy czyste butelki. Brudne ręczniki i kocyki rzuciłam luzem na pakę samochodu. Kiedy już wszystko było zapakowane, pojechałyśmy z Emmą do oddalonego o jakieś 10 minut jazdy samochodem ośrodka dla drapieżników, w którym odbywałam wolontariat. Przez pierwszy tydzień mojego pobytu byłyśmy tylko we dwie: ja i opiekunka lwów- całe dnie miałyśmy wypełnione pracą.

Dzisiaj było niezbyt ciepło, więc po przyjeździe zostawiłam Lily i Ivy w pudełko. Dopiero potem, kiedy wyszło słońce, przełożyłam je do ich klateczki. Jak co dzień zmieniłam wodę z płynem dezynfekującym, w którym trzymałyśmy czyste butelki, przygotowałam mleko dla miesięcznych lwiątek i poszłyśmy je nakarmić. Silas i Saskia, czyli lwiątka, którymi się opiekuję, były strasznie głodne, więc karmiłam je równocześnie. Już się nauczyłam robić to na dwie ręce. Emma karmiła w tym czasie naszą dwójkę chuliganów: Jessie i Josie. Elsie, na ogół grzecznie, czekała na swoją kolej. Początkowo Emma ją karmiła, później, ta, która jako pierwsza skończyła swoją dwójkę. Gorzej było, kiedy musiałam nakarmić całą piątkę naraz. Lewki nie miały w zwyczaju spokojnie czekać na swoją kolej, tylko wszystkie domagały się jedzenia, wdrapywały po plecach, rękach, wchodziły na kolana i przeszkadzały karmić te, które akurat były przy butelce. Dlatego wypracowałam metodę. Wyjmowałam je z klatki po kolei, pojedynczo.

Spacerując z lwami

Jednym z moich ulubionych momentów w ciągu dnia był spacer z niemal rocznymi lwami. Jak zwykle stanęłam obok ogrodzenia, modląc się, żeby wyszło jak najwięcej lwów płci męskiej. Każdy spacer był bowiem loterią – ile lwów i jakie z nami pójdą. Klatka czternastu około rocznych lwów składała się z kilku pomieszczeń, m.in. jednego ogrodzonego drewnianymi połączonymi palami, drugiego siatką pod napięciem elektrycznym. Emma szła obok ogrodzenia, a lwy podążały za nią. Jak w pierwszej części miałyśmy od trzech do siedmiu lwów, Emma zamykała bramę pomiędzy częściami, a następnie wypuszczała lwy z pierwszej części. Podczas mojego pierwszego spaceru, największy w grupie lew o imieniu Klaus wybiegł z klatki i od razu na mnie skoczył. Wziął moją twarz w łapy i zaczął ją lizać. W ten sposób chciał się ze mną przywitać. To było coś wspaniałego! Innym razem Stephan, od razu jak wybiegł, również przyszedł do mnie. Był tak szczęśliwy, że podskakiwał, nie mogąc się zdecydować, czy na mnie skoczyć, czy nie, bo byłoby to zbyt niebezpieczne. W końcu tylko oparł łeb o moje nogi, żebym go pogłaskała.

Dzisiaj wszystkie wybiegły, a my ruszyłyśmy w drogę. Zasada była jedna – dopóki nie wyjdziemy z ośrodka, mamy się nie zatrzymywać. Dopiero potem jak byłyśmy na terenach poza głównym ośrodkiem, mogłam się zatrzymać, żeby się pobawić z lwami, jeśli któryś do mnie podszedł. Sama nie mogłam do nich podchodzić, bo mogłoby być to niebezpieczne. Miałam szczęście, bo lwy mnie lubiły i podchodziły do mnie. Dzisiaj przyszedł do mnie Damon. Przytulił łepek do moich kolan i domagał się pieszczot. Damon jest moim ulubieńcem, bo do tej pory był z nami na każdym spacerze i na każdym do mnie podchodził. Jest jednym z największych lwów z te grupy i uwielbiam go przytulać.

Emma nosi ze sobą mięsko w kawałkach, które daje lwom podczas spaceru i potem, żeby zwabić je do klatki. Ja stoję na zewnątrz i przytrzymuję klatkę, a Emma jest w środku z lwami. Kiedy kolejny się zbliża, otwieramy klatkę, jednocześnie pilnując, żeby te, które są w środku, nie wyszły na zewnątrz. Na ogół lwy same bez problemów wchodzą do klatki. Dzisiaj jeden był bardzo oporny i w ogóle nie chciał wejść. Leżał przed klatką popijając wodę. Musiałam przynieść kilka surowych kurczaków, żeby w ten sposób go zwabić, po kilku próbach w końcu się udało.

3

Z cywetą na głowie

Po spacerze mam chwilę na szybkie śniadanie – tosty lub cornfleksy. Przedpołudnie spędzam na sprzątaniu klatek. Zaczynam od cywet afrykańskich, czyli rodzaju dzikich kotów, które są nieco wyższe i dłuższe od kotów domowych. Mają szorstką, centkowaną, czarno-białą sierść i podłużne pyszczki. Weszłam do ich klatki i za pomocą obciętej butelki po coca-coli zaczęłam wybierać brudną wodę ze zbiornika, do którego się załatwiają. Trzy z czterech (ostatni był bardzo nieśmiały i płochliwy) podeszły do mnie, żeby się przywitać. Bluey, jak to miał w zwyczaju, wskoczył mi na plecy, żeby się popieścić. Polega to na tym, że swoją głową i szyją ociera się o moją głowę, uszy, a czasem nawet ramiona wydając z siebie dźwięki zadowolenia. Kiedy pierwszy raz na nie wskoczył, nie wiedziałam, o co mu chodzi. Emma potem wytłumaczyła mi, że to taki rodzaj pieszczot. Uwielbiam go.

Kiedy skończył, ja zabrałam się za dokończenie pracy. Wybrałam cała wodę, a potem wyszczotkowałam zbiornik, żeby był czyściutki i nalałam do niego nowej wody. Zebrałam resztki jedzenia i przyniosłam im świeżą wodę w miseczkach. Znowu przyszły do mnie, tym razem „zamarkować” mnie. Pośladkami ocierały się o moje nogi i zostawiały wydzielinę z gruczołów na moich nogach. To samo robiły z miskami z wodą. Na początku po prostu się tym nie przejmowałam, aż któregoś razu Emma uświadomiła mnie, że to nie śmierdzi, a nawet pachnie. Wydzielinę tę wykorzystuje się w przemyśle perfumeryjnym.

Bonnie and Clyde

Sprzątanie klatki pięciu czteromiesięcznych lwów, nie należało do moich ulubionych zajęć – grupka ta była nieobliczalna, zwłaszcza Tamara i Tia, które były jak Bonnie i Clyde. Śliczne z wyglądu i diabelsko niebezpieczne, zwłaszcza Tamara, która gryzła prawie wszystkich.

Nie miałam jednak wyjścia. Wszystkie lewki lgnęły do mnie, chciały, żebym je poprzytulała, ale trochę się przestraszyły, jak zaczęłam wnosić żółte, plastikowe wiadro, worek z siankiem oraz szczotkę i uciekły na koniec zagrody. Tylko Tamara szybko dostrzegła potencjalną zabawę i zaczęła mnie zaczepiać łapką, kiedy szorowałam szczotką kamienny podest, na którym jedzą. Jak tylko zostawiłam na chwilę szczotkę, porywała ją i szarpała nią na wszystkie strony. Na szczęście Tamara słuchała się mnie i oddawała szczotkę. Na początku nawet było zabawnie, ale w takim tempie nie wyrobiłabym się z resztą obowiązków. Wpadłam na pomysł zajęcia jej czymś innym. Wrzuciłam worek z siankiem do ich sypialni. Tamara rzuciła się na niego, zaczęła go zaciekle szarpać i gryźć. Przy okazji wyrzuciła z niego całe sianko, na szczęście w jedno miejsce, bo inaczej nowe sianko zmieszałoby się ze starym, a ja miałam je przecież wymienić. Po sprzątaniu dokładnie umyłam ręce – robiłam to chyba milion razy dziennie… Przygotowałam kolejną porcję mleka i nakarmiłam moje słodkie Lily i Ivy. Lwiczki wchodziły mi na kolana, domagając się pieszczot, zaczepiały mnie łapkami albo lizały. Najchętniej spędzałabym z nimi całe dnie.

Niestety obowiązki wzywały. Zapakowałyśmy skrzynkę surowych kurczaków na taczkę i poszłyśmy dać śniadanie niemal rocznym lwom. Potem poszłyśmy nakarmić czteromiesięczne lewki. Jedzą surowe mięso pocięte na kawałki. Emma trzyma trzy miski, ja dwie. Wchodzimy trzymając je w górze, lewki biegną za nami do kamiennego podestu, nawiązujemy z nimi kontakt wzrokowy i jak obie jesteśmy gotowe, stawiamy równocześnie miski. Chodzi o to, żeby każdy dostał swoją i żeby się nie gryzły. Kiedy lewki zaczynają jeść, ja idę zamknąć klatkę. Gdy już napełniły brzuszki, przyszedł czas na zabawę. Na szczęście były dzisiaj w dobrym nastroju. Scott tylko skończył posiłek, przyszedł do mnie, objął mnie łapkami za szyję i główkę przytulił do mojego policzka, a potem mnie jeszcze polizał. Scott jest największym pieszczochem z całej grupy. Potem położył się na moich kolanach, żebym głaskała go po brzuszku. Uwielbiam te chwile.

Ok. 13 zasiadłyśmy do lunchu. Thomas przygotował pyszności. Nigdy nie wiemy, co danego dnia jemy, na ogół jest to dziczyzna.

4

Wielkie karmienie

Popołudnie jak zwykle spędziłyśmy na karmieniu. Czasem mam wrażenie, że nic innego nie robię, ciągle tylko przygotowuję butelki z mlekiem (w sumie 40 dziennie), karmię lwy i zmywam.

Po krótkiej przerwie po lunchu przygotowałam kolejne porcje mleka – dla miesięcznych lewków i najmłodszych. Najpierw poszłyśmy do tych pierwszych. Od pewnego czasu ja wchodzę do klatki, a Emma zostaje na zewnątrz i bierze do siebie Jessie i Josie. Dzisiaj niechcący przy okazji wyszedł też Silas. Byłam spokojna o niego, bo ten największy w tej grupie lew jest bardzo sympatyczny. Tymczasem zaczął wchodzić na Emmę, używając przy tym pazurów i domagając się karmienia. Musiałam go szybko z powrotem włożyć do klateczki i zaczęłam karmić jego i jego siostrę na dwie ręce. Elsie na szczęście grzecznie czekała na swoją kolej. Jak skończyłam z rodzeństwem, nakarmiłam ją. Chwilę jeszcze z nimi zostałyśmy. Josie chciał zamordować jedną z butelek, złapał za smoczek i zaczął ją tarmosić. Silas przyszedł do mnie na pieszczoty, a jak jego miejsce zajęła Saskie, położył się na moich nogach i zaczął mnie podgryzać w stopy. On bardzo lubił moje buty i jeśli się akurat ze mną nie bawił lub nie jadł, na ogół zabierał się za moje adidasy.

Potem podgrzałam mleczko dla najmłodszych i poszłyśmy je nakarmić. Z nimi było najwięcej pracy, bo po każdym jedzonku musiałyśmy im pomóc, żeby zrobiły kupkę, a potem wycierać je chusteczkami dla niemowląt i sprzątać. Potem naszykowałyśmy kolację dla czteromiesięcznych i rocznych lwów. Do tych drugich wieczorem już nie wchodzimy (w RPA ok. 18.00 robi się już ciemno), tylko rzucamy im surowe kurczaki do klatki. Dzisiaj szybko się ze wszystkim uwinęłyśmy, więc jeszcze przed kolacją zdążyłam przygotować kolejne butelki mleka – na kolację dla miesięcznych lewków oraz 3 porcje dla najmniejszych (na kolację, na noc i na rano).

Po kolacji zagrzałam mleczko i pojechałyśmy do miesięcznych zwierzaków. Nie dlatego, że było za daleko, ale dlatego, że było ciemno, a ośrodek poza naszym budynkiem nie był oświetlony. Karmienie pi ęciu lewków po ciemku byłoby nie lada wyzwaniem, dlatego wpadłyśmy na pomysł oświetlania ich klatki reflektorami samochodu. Potem jeszcze musiałam w tych ciemnościach włożyć najmniejsze lewki do pudełek i zapakować do samochodu, spakować ich wyprawkę (kocyki, ręczniki, papier toaletowy, chusteczki dla bobasów, płyn do dezynfekcji, lekarstwo dla Ivy, butelki z mlekiem). Najmniejsze zabierałyśmy na noc do domu. Po powrocie z ośrodka, przygotowałyśmy im łazienkę i dałyśmy kolację. Uwielbiałam nocne wieczorne karmienie, bo Lil najczęściej zasypiała na moich kolanach. Kładła się na plecach z wypiętym, grubym brzuszkiem. Najsłodszy widok świata. Gdyby nie to, że padałam z nóg, pewnie siedziałabym tak z nią na kolanach przez całą noc. Po północy wstałam, żeby je znowu nakarmić.

Autor:Małgorzata Zdziechowska

Źródło: http://wiadomosci.onet.pl/prasa/moje-zycie-wsrod-lwow/fqgqb

Dodaj komentarz