Samotność? Lubię to!

1

Beata Pawlikowska już jako mała dziewczynka marzyła o samotnej wyprawie do dżungli. /Iza Grzybowska /Pani

Zamiast się ich bać, potraktujmy chwile samotności jako dar od losu. To tak naprawdę czas, kiedy możemy skupić się na własnych myślach, uczuciach, marzeniach. Nie na zawsze, ale przez chwilę żyć tylko dla siebie.

W dżungli każdy jest sam. Nawet w grupie idzie się gęsiego, w ciszy. Droga jest trudna i niebezpieczna, są korzenie, które wyglądają jak węże, i węże przypominające korzenie. Temperatura jak w saunie – opowiada Beata Pawlikowska, podróżniczka, która od wielu lat samotnie jeździ po świecie.

– Każdy idzie we własnym rytmie, ale jednocześnie zapuszcza się w dżunglę własnych myśli. A mimo to myśli „myślą się same”. Rozwiązują się problemy, które wydawały się niemożliwe do rozwikłania. Nagle stajesz i doznajesz olśnienia. Ten monotonny marsz jest rodzajem medytacji. Trzeba wtopić się w ciszę i świat dookoła. Patrzeć na ptaki i być ptakiem. Iść przez dżunglę i być nią. I choć każda wyprawa jest ciężka, czasem głoduję, marznę i nie mam gdzie spać, to zawsze wracam z poczuciem, że jestem wewnętrznie wzmocniona i czysta.

Robert Kantereit, dziennikarz radiowej Trójki, współprowadzący „Dzień dobry TVN”, w pamięci przechowuje nie daty, ale zapachy, nastroje, obrazy ze swoich samotnych włóczęg po górach. – W schronisku Pod Łabskim Szczytem w Karkonoszach można palić w kominku, jeśli zbierze się drewno. Zapach palonego drewna miesza się z wonią siana, bo mieszka tam koń – ma swoją stajenkę.

Pasją górskich wędrówek pochodzącego z Bydgoszczy dziennikarza zaraziła mama. Kiedy pytam, co dają mu te włóczęgi, odpowiada: – Szczęścia tam nie znajdziesz, mądrości życiowej chyba też nie. Traktuję je jak długi spacer, podczas którego mogę odpocząć, pomyśleć o czymś zupełnie innym albo najlepiej o niczym. Idziesz sobie noga za nogą, gdzie dojdziesz, tam dojdziesz. To takie życie na chwilę, tu i teraz.

Uciec przed smogiem, „wychodzić” odpowiedzi

Ilona Ostrowska, aktorka znana z seriali „Ranczo” i „Bez tajemnic”, zastanawia się: – Dlaczego akurat góry? Na czym to polega? Na przestrzeni? Na ciszy? Chyba na transie, w jaki wprowadza chodzenie. W górach wiele odpowiedzi człowiek może sobie „wychodzić” podczas wielogodzinnych wędrówek w swoim rytmie. To jest prawdziwe zbliżenie się do siebie, bez natrętnych pytań, telefonów, ludzi, którzy czegoś ode mnie chcą. Zakochałam się w górach przy okazji miłości do pewnego chłopaka. Ta do gór przetrwała – uśmiecha się. – Wracam tam jak szalona co najmniej trzy razy do roku. I choć znajomi jeżdżą w Pireneje, Dolomity, ja zawsze wybieram nasze Tatry.

– Mam z Tatrami kłopot, bo są piękne, ale popularność je zabija – twierdzi Robert Kantereit. – W przepięknych tatrzańskich schroniskach rewia mody jak na sopockim Monciaku. Trudno tam dziś o ciszę. Wolę mniej popularne Beskidy, „Izery”. W pierwszym z tamtejszych schronisk, w Orlu, urzęduje Stachu, potężnej postury kierownik, który zbudował saunę przy rzeczce. Zimą wybiegasz z niej, mijasz jeden zakręt i lądujesz w lodowatym potoku. Dalej jest Chatka Górzystów, tam tak wieje, że jak jesteś w środku, czujesz, jak ta drewniana, przedwojenna konstrukcja pracuje. Prawdziwa samotnia na końcu świata, gdzie nie da się odbierać maili. I dobrze, bo przestajemy o nich obsesyjnie myśleć. A w codziennym życiu? Na nic nie czekamy, ale na wszelki wypadek sprawdzamy, czy coś przyszło. Szczególnie my, dziennikarze. Wchodzisz do komputera i patrzysz, czy pojawiła się jakakolwiek nowa wiadomość.

 

O szczerą rozmowę z samym sobą łatwiej w klasztorze. Tam wita nas maksyma „Salus per silentium” – zdrowie przez ciszę.”

 

Przeciętny człowiek „wchłania” 34 gigabajty danych dziennie – odpowiednik 100 tysięcy słów. Niestety, duża ich część jest bezwartościowa – reklamy, wiadomości na Facebooku. Naukowcy mówią wręcz, że żyjemy w „smogu informacyjnym” – przez analogię ze smogiem będącym produktem prymitywnego procesu spalania byle czego byle gdzie i byle jak. Do tego dochodzi życie w pędzie, „zaraz, szybko, na już , na wczoraj”. Człowiek tak żyjący wydziela za dużo hormonu stresu – kortyzolu – i adrenaliny. Badania naukowców z Case Western Reserve University w USA wykazały, że im więcej bodźców przyswaja organizm, tym trudniejsze jest później jego wyciszenie.

– Po 22 wyłączam telefon i włączam go dopiero rano. Staram się nie odbierać także wtedy, kiedy spędzam czas z przyjaciółmi, np. na wspólnym obiedzie – mówi Ilona Ostrowska. Aktorka zauważa, że coraz popularniejsze kontakty wyłącznie przez sieć sprawiają, że wpadamy w niedobry rodzaj samotności. – Niby jesteśmy w tłumie znajomych, ale każdy ślęczy przed swoim laptopem lub telefonem. Facebook jest fajny, czasem dzięki niemu można pójść na ciekawy koncert, wystawę, spektakl, z czego korzystam, ale jest tam też dużo niepotrzebnych informacji, śmieci. Miesiąc temu „wypięłam” się z Facebooka, zmęczyło mnie to.

Również Piotr Rubik, dyrygent i kompozytor, twórca m.in. bestsellerowych oratoriów „Tu es Petrus” czy „Psałterz wrześniowy”, nie ukrywa, że ucieka od nadmiaru informacji: – Skupiam się na kilku źródłach, a do reszty nie zaglądam, czytam kilka tytułów, przeglądam jeden portal, śledzę też te branżowe, ale staram się dużo wiadomości odrzucać, żeby nie zaśmiecać umysłu. Pogoń za sensacją irytuje mnie.

3

Robert Kantereit, dziennikarz radiowej Trójki, współprowadzący„Dzień dobry TVN”, w pamięci przechowuje nie daty, ale zapachy, nastroje, obrazy ze swoich samotnych włóczęg po górach.
/Iza Grzybowska /Pani

Przyznaje, że choć lubi gadżety technologiczne, stara się uczyć starszą córkę Helenkę, że z narzędzi typu tablety, trzeba mądrze korzystać. I że poza rzeczywistością wirtualną warto znaleźć czas na spacery, film czy dobrą książkę.

Beata Pawlikowska dodaje, że coraz trudniej znaleźć dom, w którym byłoby cicho, gdzie nie grałyby non stop telewizor, radio. – Moja siostra nie ma odbiornika w salonie, aby nie rozpraszał podczas rozmowy i jedzenia. Wszystkie nowoczesne komunikatory, bycie online i na Facebooku dają iluzję, że nie jesteś sam. Bo nie chcesz być sam. Ludzie boją się samotności, ponieważ kojarzą ją ze smutkiem. A jednocześnie obawiają się, że w tej ciszy bycia z samym sobą mogliby usłyszeć własne myśli i uczucia, do których nie chcą się przyznać, choćby strach przed odrzuceniem albo poczucie niższości. Bo jeśli przyznasz się do czegoś takiego, to będzie ci wstyd. Albo na przykład jesteś w związku, na którym ci nie zależy, i cichutki głos w duszy podpowiada, że to jest nieuczciwe wobec samego siebie i tej drugiej osoby. Jeśli powiesz sobie otwarcie, że taka jest prawda, będziesz musiał podjąć jakąś decyzję, nawet odejść. Ale się boisz. Wiem, bo też się bałam. Zebrałam się jednak na odwagę, stanęłam przed lustrem i przyznałam przed sobą, że czuję strach. Nie wiem, co będzie, jak zostanę sama. Ale chcę być uczciwa, bo wierzę, że tylko to zaprowadzi mnie do szczęścia. Wiem jedno: zyskałam siłę, żeby zaopiekować się sobą i zmienić moje życie. Takiej szczerej rozmowie sprzyja też atmosfera klasztoru, który coraz częściej oprócz wakacji w celi oferuje ludziom także pomoc psychologiczną. W pokamedulskim klasztorze w Rytwianach, w Pustelni Złotego Lasu terapia opiera się na trzech hasłach: milczeniu, kontemplacji, samotności. Już od progu wita nas kamedulska maksyma „Salus per silentium” (Zdrowie przez ciszę).

 

Kreatywnie się ponudzić

Piotr Rubik odwiedził pokamedulski klasztor przy okazji jednego z koncertów.

– Świetnie rozumiem kamedułów, bo ja w ciszy nie tylko najlepiej odpoczywam, ale też pracuję – wyznaje kompozytor. – Nie mogę pisać muzyki, słuchając innych utworów, ponieważ wtedy zagłuszam dźwięki, które są we mnie. Cisza jest potrzebna, żeby wsłuchać się w siebie i „złapać” nuty, które do mnie przychodzą. Musi nastąpić głód tych dźwięków, żeby one się wydostały. Przecież taksówkarz nie puszcza sobie po pracy odgłosu silnika. Jeśli mam coś napisać, nie słucham niczego. Każdy z nas ma inny sposób na wyciszenie, ale każdy go potrzebuje. Mnie nie są potrzebne mury klasztoru, by się odosobnić. Mam dom poza miastem, mogę w każdej chwili wyjść do ogrodu i pooddychać świeżym powietrzem. Nie muszę daleko jechać, co nie znaczy, że nie lubię podróżować.

W minionym roku odbył z zespołem m.in. forsowną trasę po Stanach Zjednoczonych. Szczególne wrażenie w czasie prywatnych podróży zrobiły na nim jednak przestrzenie Australii: – To jest inny świat, a niby na tej samej planecie. I dodaje: – Natchnienie może przyjść gdziekolwiek, trzeba być czujnym. Gdy byłem dzieckiem, było szaro, ponuro. Ale czy ta nuda była taka zła? Człowiek uciekał w świat wyobraźni, rozwijał ją.

Beata Pawlikowska już jako mała dziewczynka marzyła o samotnej wyprawie do dżungli: – Zamknięta w pokoju czytałam książki podróżnicze, rysowałam dżunglę, śniłam o niej.

2

Po 22 wyłączam telefon i włączam go dopiero rano. Staram się nie odbierać także wtedy, kiedy spędzam czas z przyjaciółmi, np. na wspólnym obiedzie – mówi Ilona Ostrowska. /Iza Grzybowska /AKPA

– Gdy tylko robi się pogoda, nachodzi mnie tęsknota, by posiedzieć sobie na jakiejś łące przed schroniskiem. Ktoś zapyta: „Ale co się tam dzieje?”. A ja na to: „Panie, nic, nuda, panie!”. Wieje wiatr. I to właśnie jest najpiękniejsze – mówi Robert Kantereit.

Amerykański autor Jonah Lehrer w książce „Imagine. How Creativity Works” przytacza opowieści o Bobie Dylanie, który w pewnym momencie był tak zmęczony komponowaniem piosenek, że postanowił zakończyć karierę. Był rok 1965, kiedy wylądował samotnie w domu w Woodstock z notatnikiem, którego po raz pierwszy nie musiał zapisać. I wtedy, uwolniony od „jarzma komponowania”, poczuł nieodpartą potrzebę tworzenia. Tak powstał największy hit Dylana – „Like a Rolling Stone”.

Piotr Rubik: – Często przypisuje się twórcom różne takie historie, ale tak naprawdę zawodowcy rzadko godzinami samotnie wsłuchują się w szum drzew. Komponowanie wymaga dyscypliny. Ja staram się codziennie zaszyć w pracowni, zwłaszcza jeśli mam pilny deadline. Artysta przyznaje, że nie ma ustalonych godzin pracy, czasem wcześniej odwiezie dziecko do przedszkola, a niekiedy załatwi coś w urzędzie. – Potem jednak wracam do domu, wyciszam się, piję dobrą herbatę i zaczynam pisać.

Beata Pawlikowska także pracuje w samotności i ciszy. – Wstaję o 6 rano, jem, idę biegać, potem karmię dwa koty i siadam do pisania. Nie włączam telefonu i nie odpowiadam na maile, dopóki nie skończę. Dużo snu, zdrowe jedzenie i całkowite skoncentrowanie się na tym, co mam do zrobienia – wtedy książki same się piszą.

W ciągu ostatnich 12 lat pisarka wydała 63 książki. Obecnie pracuje m.in. nad serią poradników poświęconych zdrowemu odżywianiu.

 

 „Idę w góry, żeby nie musieć musieć – spoglądać na zegarek, wcześnie wstawać.”

~Robert Kantereit

 

Ilona Ostrowska, która rozpoczyna pracę nad nowym projektem, podczas górskich eskapad nie szuka inspiracji, nie przygotowuje się do nowej roli. – Jadę tam raczej po to, by się zresetować, złapać energię, po prostu przewietrzyć głowę, ale nie halnym – śmieje się.

– A ja wybieram się w góry, żeby nie musieć musieć. Bo tam nic nie muszę – ani spoglądać na zegarek, ani wcześnie wstawać. Mam rzeczy na przebranie, śpiwór, szczoteczkę do zębów, ręcznik, aparat fotograficzny, książkę, karimatę, żeby nie siadać na zimnym kamieniu – opowiada Kantereit.

Zmierzyć się z samym sobą

– Czy „jesienią góry są najszczersze”? Chyba tak – przyznaje Robert Kantereit. Może dlatego, że są wtedy puste? Kolory, które pojawiają się w październiku, są wyjątkowe, ale gdyby namalować ten pejzaż albo zrobić zdjęcie, wyszedłby kicz. Jeśli jednak tam byłeś i widziałeś, to wiesz, że to naprawdę zachwyca. Potem spada pierwszy śnieg i przykrywa czerwień. Jak nasycisz się zimą, zaczyna świecić słońce, już pachnie wiosną.

Także Ilona Ostrowska najchętniej na włóczęgi wybiera się poza sezonem, by uniknąć tłumów. Jak mówi, w chodzeniu liczy się sama droga, a nie zdobycie konkretnego szczytu typu Giewont czy Rysy.

– Nie tylko góry są najszczersze i nie tylko jesienią. Ważniejsze jest to, czy my jesteśmy w tych górach szczerzy wobec siebie. W takich chwilach zdaję sobie sprawę, że właściwie całe życie jesteśmy sami, możemy mieć dzieci, na co dzień pracować w otoczeniu dwustuosobowej ekipy, ale to nie znaczy, że ktoś za nas przeżyje stres, ból, naszą radość. Jesteśmy w tym tylko my – twierdzi aktorka.

„Trzeba zatrzymać się w biegu i zadać sobie kilka ważnych pytań. Jaka jestem? Czy lubię siebie? Trzeba odbyć z sobą poważną rozmowę, ale nie w myślach czy w wolnej chwili, stojąc w korku. Bo tylko ty jesteś dla siebie najlepszym lekarzem. Potraktuj rozmowę z sobą tak samo poważnie jak wizytę u lekarza. Wyznacz sobie porę dnia i godzinę, rozmawiaj z sobą na głos – bo dopiero kiedy słowa zostaną głośno wypowiedziane, być może zrozumiesz, co naprawdę znaczą. Zapytaj siebie, co jest w tobie chore, czego w sobie nie lubisz, czego chciałabyś się pozbyć. Zrób listę tych cech, których nie chcesz mieć albo które chcesz zmienić”, radzi Beata Pawlikowska w książce „W dżungli miłości”.

– Tak naprawdę każdy z nas jest sam. Sam z sobą do końca życia. Dlatego warto być dla siebie najlepszym przyjacielem. Lubić siebie, wspierać i szanować. Wiem, że to trudne, bo już w szkole uczy się nas, że można ściągać i oszukiwać, byle tylko dostać dobry stopień. Kiedy masz piątki, wszyscy cię chwalą. Stajesz się uzależniony od akceptacji innych ludzi i jako dorosły wciąż usiłujesz zaskarbić sobie ich sympatię, bo podświadomie wierzysz, że bez niej jesteś nikim. Ale to nieprawda – tłumaczy podróżniczka, która ma za sobą m.in. doświadczenie anoreksji.

– Kiedy znajdziesz w sobie najlepszego przyjaciela, zyskasz siłę i moc do zrealizowania wszystkich swoich planów i już nigdy nie będziesz samotny. W końcu ja i zachód słońca w dżungli to już dwoje.

Dystans do siebie i swej popularności ma także Piotr Rubik: – Pracuję wciąż na pełnych obrotach, ale nie tęsknię za szumem, jaki wokół mnie panował jeszcze kilka lat temu, gdy przeboje takie jak „Niech mówią, że to nie jest miłość” przez wiele tygodni utrzymywały się na szczytach list przebojów. Tabloidy śledziły każdy mój krok i nie mogłem nawet spokojnie odebrać ze szpitala żony i nowo narodzonej córki. Wiem, że w życiu każdego artysty jak na sinusoidzie są okresy mniejszej i większej popularności, a ta ostatnia bynajmniej nie przekłada się w moim przypadku na liczbę koncertów.

4

Piotr Rubik odwiedził pokamedulski klasztor przy okazji jednego z koncertów. – Świetnie rozumiem kamedułów, bo ja w ciszy nie tylko najlepiej odpoczywam, ale też pracuję – wyznaje kompozytor
/Iza Grzybowska /Pani

Z samotnych wędrówek Robert Kantereit wraca uspokojony. – Co ciekawe, te marne kilkaset kilometrów fizycznego wysiłku zupełnie zmienia perspektywę. Zaczynamy patrzeć na problemy, które zostawiliśmy, z dystansem. One nie znikają, gdy wracamy, znów zaczynają dominować i wtedy narasta w nas tęsknota, żeby się od nich oddalić. Pewnie dlatego od takich wypraw człowiek się uzależnia. Fajnie, że ludzie masowo nie chodzą w góry, bo nie byłoby tam spokoju. Ale i to się zmienia. Świadczy o tym choćby przypadek legendarnego karkonoskiego schroniska Samotnia, które chciano odebrać prowadzącej je od pokoleń rodzinie i przerobić na restaurację i spa.

– Większość z nas straciłaby niepowtarzalne miejsce z ogromną tradycją. Spotkałem ostatnio górala, który powiedział mi, że górskie schroniska to ostatnia ostoja niekomercyjnego świata – mówi Robert Kantereit.

Samotna ekspedycja to także znakomity sposób, by przekonać się, że sami świetnie sobie radzimy. – Dziewięć lat temu zrobiłam forsowną trasę – z Doliny Pięciu Stawów do Morskiego Oka, potem wejście na Rysy i z powrotem do Zakopanego. Było ciężko, ale w pewnym momencie stwierdziłam: dojdę, cokolwiek by się nie działo. Warto poznać granice swojej wytrzymałości, ale nie należy przesadzić. Taka prawda. Od czasu tego wyczynu trzymam się dolinek – żartuje Ilona Ostrowska.

Robert Kantereit: – Kiedyś dochodziłem już do bacówki na Krawcowym Wierchu, widziałem, że ze Zwardonia idzie burza. Po wyjściu z lasu została mi do pokonania polana, 200 metrów. Pioruny biły i lunęła ściana deszczu, dobiegłem kompletnie przemoczony.

– Ludzie zachodniej cywilizacji muszą uczyć się na nowo samodzielności. Dla ludzi w dżungli to rzecz najbardziej naturalna. Indiański chłopiec sam struga sobie łuk i uczy się strzelać do małych zwierząt. Osiemnastoletni wojownik ma za sobą 15 lat doświadczenia w zawodzie. I jest mistrzem. Ale najważniejsze jest to, że ludzie w dżungli są zawsze sobą. Nikt niczego nie udaje – zauważa Beata Pawlikowska.

Twierdzi, że prawdziwy wojownik nie boi się samotności. Wiara w siebie daje mu siłę, by poradzić sobie z problemami. Wewnętrzna dyscyplina i opanowanie pozwalają Piotrowi Rubikowi mobilizować się nawet w najtrudniejszych sytuacjach. W 2007 roku rozstał się w dramatycznych okolicznościach ze starym zespołem i stworzył nowy. Był w środku trasy i na kilka godzin przed koncertem w Olsztynie dowiedział się, że nie może liczyć na żadnego ze swych dotychczasowych solistów. Nie chciał zawieść trzech i pół tysiąca ludzi, którzy kupili bilety, więc zaproponował publiczności, że sam będzie dyrygował i zaśpiewa oratorium. Niezadowolonym obiecał zwrot pieniędzy za bilety. Po koncercie dostał owacje na stojąco. Gdzie kawa smakuje lepiej?

Ilona Ostrowska przyznaje, że jej wyprawa w Tatry może trwać maksymalnie pięć dni. – Potem zaczynam tęsknić do szumu miasta, kawusi, ploteczek.

Beata Pawlikowska wraca z wypraw naładowana energią: – Czuję się wtedy tak, jakbym przeżyła dodatkowe życie.

Z kolei Piotr Rubik na dłuższą metę nie wyobraża sobie życia z dala od cywilizacji, a szczególnie aut: – Gdyby mnie było stać, ciągle bym je zmieniał, bo nieustannie produkuje się nowsze i fajniejsze modele. Ale przejażdżka superautem nie cieszy, jeśli w domu nikt na ciebie nie czeka. Moja rodzina – żona Agata, córeczki Helenka i Alicja – to jest to, co daje mi w życiu prawdziwą równowagę. Wyprostowuje wszystkie złe rzeczy naokoło nas.

Robert Kantereit w górach tęskni za rodziną i łóżkiem. A za dobrą kawą? – pytam. – Dwadzieścia lat temu wymyśliłem, żeby wypić ją w Jaskini Mylnej w skalnym oknie widokowym. Pojechałem w Tatry, w plecaku miałem butlę gazową, palnik. Poszedłem do jaskini, wiało, zaparzyłem kawę, usiadłem z nogami zwieszonymi z okna i trzymając metalowy kubek, wypiłem kawę. Tak jak sobie wymarzyłem.

Agnieszka Fiedorowicz

PANI 2/2013

 

Dodaj komentarz